11 cze 2015

Informacyjnie

Jak już pewnie wiecie, pierwsza część Mask została zakończona, ale oczywiście powstanie druga. Nie chciałam dzielić opowiadania, ale muszę zrobić sobie chwilową przerwę od pisania, dlatego też wyszło tak, a nie inaczej. Nowe rozdziały zacznę publikować dopiero na początku września. Niestety, wcześniej nie mogę, bo sami rozumiecie – wakacje. Będę non stop gdzieś wyjeżdżać, więc nie ma opcji, żebym pisała. Opowiadanie będzie kontynuowane pod tym samem adresem bloga. Nazwa się nie zmienia. Z nową częścią, pojawi się także nowy szablon :) Myślę, że załaduję go wcześniej, może za miesiąc. Zresztą, proponujcie kiedy go załadować, a pomyślę nad tym.

Teraz czas na podziękowania. Dziękuję wszystkim i każdemu z osobna za to, że czytaliście, za wasze wsparcie, wyrozumiałość i miłe (za te niemiłe również) komentarze. Każda opinia z waszej strony ma dla mnie ogromne znaczenie i to się nie zmieni. Wiecie jak bardzo sobie cenię te, nawet najkrótsze, komentarze. Dają mega kopa, a przez to aż chce się pisać. Dostawałam także komentarze od osób, które zwracały mi uwagę na błędy. Chcę zaznaczyć, że jestem ich świadoma, ale co mogę poradzić – nie wszystko co robię musi być idealne. Jednak najbardziej jestem wam wdzięczna za to, że gdy nie miałam kryzys i nie dodawałam rozdziału przez dłuuugi czas, rozumieliście to i mnie wspieraliście. Gdybyście mnie wtedy zostawili, prawdopodobnie nie dokończyłabym opowiadania.
Krótko mówiąc, jesteście najlepsi i nie spodziewałam się, że to opowiadanie tak wam się spodoba ♥

Jeśli chcielibyście poczytać moje inne prace to zapraszam na wattpada:
lub na blogspota:


8 cze 2015

Rozdział 20

JEST TO OSTATNI ROZDZIAŁ PIERWSZEJ CZĘŚCI! PROSZĘ PRZECZYTAĆ NOTKĘ POD ROZDZIAŁEM.

ostatnia piosenka (klik)



Lauren

Przy szafie stał Michael, a na podłodze leżała otwarta walizka. Moja walizka, do której wrzucał kolejne ubrania. Wszystkie były starannie ułożone, choć robił to niezwykle szybko. Przez chwilę patrzyłam na niego z uchylonymi ustami, ale oprzytomniałam. Podbiegłam do niego i złapałam go za ramię, powstrzymując od pakowania.
– Co ty wyprawiasz? – zapytałam.
Posłał mi gniewne spojrzenie i próbował wyszarpać się z mojego uścisku, lecz nie dawałam za wygraną. Nagle, wyrwał się jednym sprawnym ruchem, co przy okazji nieco mnie zabolało. Marszczył brwi, a dłonie zaciskał w pięści – krótko mówiąc, wyglądał na nieźle wkurzonego.
– Wracasz do domu – oznajmił, a mnie zwyczajnie zatkało.
Stałam z rozdziawionymi ustami i patrzyłam na niego wielkimi oczami, jednak on wciąż pozostawał nieugięty. Miał surowy wyraz twarzy, nie wyrażający żadnych pozytywnych emocji. Czułam, że mięknę pod jego morderczym spojrzeniem.
– Jak to do domu? – Tylko tyle byłam w stanie z siebie wydusić.
– Do Anglii – odpowiedział, jednocześnie wracając do pakowania walizki.
Wciąż próbowałam go powstrzymać; nie chciałam odpuścić tak łatwo. Myślałam jak go podejść, podczas gdy otworzyły się drzwi od łazienki. Natychmiast spojrzałam w ich stronę, a ręce automatycznie mi opadły na to, co zobaczyłam. Był to Luke, a w ręku trzymał zielony pakunek, w którym rozpoznałam moją kosmetyczkę.
– To chyba wszystkie jej rzeczy – poinformował Michaela, z początku mnie nie zauważając.
– Luke? – pisnęłam bezsilnie. – Ty też chcesz mnie wyeksmitować?
Kiedy mnie zobaczył, kompletnie go zatkało. Stanął jak wryty z lekko uchylonymi ustami.
Poczułam się podwójnie odtrącona. Najgorsze było to, że nic nie mogłam z tym zrobić. Mój głos w tej sprawie przestał mieć jakiekolwiek znaczenie.
Niekontrolowanie, do moich oczu napłynęły łzy, na co Luke popatrzył na mnie z politowaniem, natomiast Michael ignorował moje żałosne łkanie. Dopiero po chwili, odwrócił się gwałtownie, żeby zdecydowanie złapać mnie za ramiona. Trzymał mnie tak mocno, że nie mogłam się poruszyć, a jedyne co byłam w stanie zrobić to patrzeć mu w oczy.
– Pakuj się do auta – zarządził. – Zawiozę cię na lotnisko.
– A-ale Michael – jąkałam się przez łzy, samowolnie wpadających mi do ust.
– Przestań. – Warknął stanowczo przez zaciśnięte zęby.
Obrócił mną tyłem do siebie i popchnął w stronę drzwi. Dosłownie wypychał mnie z pokoju, mimo że wciąż zapierałam się nogami. Zapewne wyglądaliśmy jak rodzeństwo, kłócące się o to kto zajmie większy pokój, choć w rzeczywistości była to o wiele poważniejsza sprawa.
– Dobra, ja ją zaprowadzę – powiedział nagle Luke, tym samym przypominając mi o swojej obecności.
Wtem, Michael mnie puścił, a ja jak na zawołanie przestałam płakać. Luke bez wahania złapał mnie za łokieć i bez problemu wyprowadził na korytarz. Byłam oszołomiona, nie wiedziałam co było grane i co powinnam zrobić. Niestety, nie miałam szans w zapasach przeciwko dwóm facetom, więc pozostało mi się poddać. Wyszłam z domu, wlepiając wzrok w czubki swoich butów. Zatrzymaliśmy się na podjeździe, tuż przy aucie Michaela, po czym Luke oplótł wokół mnie swoje ramiona. Wtuliłam twarz w jego pierś, wzdychając ciężko.
– Wyjaśnisz mi o co chodzi? – zapytałam, gdy tylko mnie puścił.
– Michael wszystko ci wytłumaczy – odparł bez zastanowienia. – Teraz możemy się jedynie pożegnać.
Nie chciałam wierzyć, że naprawdę wyjeżdżam, toteż nie miałam zamiaru się z nikim żegnać. Na moje nieszczęście, była to kolejna sprawa, w której nie miałam nic do powiedzenia. Chłopak ponownie mnie uściskał, a zwolnił uścisk natychmiast, gdy ktoś trzasnął drzwiami. Byłam pewna, że to Michael, ale po spojrzeniu w stronę dźwięku, ujrzałam zasmuconego Caluma. Biegł w moją stronę z rozłożonymi rękoma. Kiedy już uwięził mnie w żelaznym uścisku, dostał słowotoku.
– Pamiętaj, żeby prać ją tylko ręcznie. Wiesz, że materiał jest bardzo delikatny i możesz go łatwo uszkodzić, więc nie trzyj za mocno pod wodą. Mam nadzieję, że nie będziesz w niej chodzić co wieczór, dbaj o nią.
– O czym ty mówisz?
– No o sukience.
Nie mogłam powstrzymać śmiechu. Była to jedyna rzecz, która rozbawiła mnie tego dnia i byłam za to Calumowi niezwykle wdzięczna.
Kiedy tak śmiałam się z tego, co powiedział, Michael niepostrzeżenie wyszedł na zewnątrz. Gdy tylko go zobaczyłam, natychmiast umilkłam. Bezszelestnie przemieścił się do auta, żeby włożyć moją walizkę do bagażnika. Trzasnął drzwiami, co przyprawiło mnie o dreszcze, lecz wciąż stałam w bezruchu. Nie miałam zamiaru wyjeżdżać, toteż próbowałam za wszelką cenę zyskać trochę na czasie, a w najlepszym wypadku spóźnić się na samolot. Ku mojemu niezadowoleniu, dobrze wiedziałam, że nawet to nie powstrzyma Michaela przed wywiezieniem mnie z kraju; będą kolejne loty.
– Czas ruszać – odezwał się w końcu.
Podszedł do drzwi od strony pasażera i otworzył je dla mnie. Nie reagowałam, więc po chwili odkaszlnął znacząco. Posłałam chłopcom ostatni uśmiech, po czym niechętnie zajęłam swoje miejsce w samochodzie. Michael w niezwykłym tempie usiadł za kierownicą i natychmiast odpalił silnik, zupełnie jakby obawiał się, że za moment ucieknę. Co prawda, rozważałam taką możliwość, ale uznałam, że brakowało jej jakiegokolwiek sensu i szybko z niej zrezygnowałam.
Odjeżdżając z podjazdu, zaciskałam mocno zęby, powstrzymując się od powiedzenia czegokolwiek. Miałam ochotę krzyczeć, choć tak naprawdę nie wiedziałam jakich słów chciałam użyć. Z tego co zdążyłam zauważyć, nie tylko we mnie kłębiły się sprzeczne emocje. Michael mocno zaciskał dłonie na kierownicy, a wzrok miał wlepiony w drogę; nawet powieka mu nie zadrżała. Nie lubiłam kiedy był taki chłodny, ale moje widzimisię dawno przestało mieć znacznie.
Samochód pędził jak szalony, jakby nie obowiązywały go żadne zakazy. Prędkość dosłownie wbijała mnie w fotel i odbierała dech w płucach. Nie było szans, żebym spóźniła się na odprawę. Musiałam się z tym pogodzić, choć nie należało to do łatwych zadań. Kogo ja oszukuję, było to niewykonalne, z czymś takim nie da się pogodzić.
Nagle, zatrzymaliśmy się na czerwonym świetle na skrzyżowaniu. Myślałam, że przejedziemy, ale najwyraźniej nie byłam jedyną, której zależało na przeżyciu. Gdy zobaczyłam ciężarówkę, jadącą po prostopadłej ulicy, moje serce momentalnie przyspieszyło. Auto Michaela musiało być dość dobre skoro zdołało niespodziewanie zahamować, będąc wcześniej tak rozpędzonym. Gdyby zawiodło, została by z nas tylko nędzna papka. W myślach, dziękowałam Bogu za to, że jeszcze żyłam.
Przejechaliśmy całe miasto w zaledwie piętnaście minut. Nie wierzyłam, że to możliwe, dopóki sama tego nie przeżyłam. Po wyjściu na lotniskowy parking, czułam się jakbym wciąż jechała, co nie zaliczało się do przyjemnych uczuć.
– Pospiesz się. – Usłyszałam oschłe polecenie.
Wywróciłam oczami, co umknęło uwadze chłopaka. Ten szedł już przede mną, ciągnąc za sobą moją niemęską, srebrną walizkę. Widok jak ten, normalnie wywołałby uśmiech na mojej twarzy, lecz tym razem nie miałam na to siły. Powłócząc nogami, ruszyłam przed siebie. Nabierałam do płuc powietrza, po czym je wydychałam, chcąc nacieszyć się australijską wonią.
– Lauren! – syknął Michael. – Chodź.
Przyspieszyłam.
Kiedy weszłam do budynku, mijało mnie wielu ludzi, niektórzy brutalnie się o mnie obijali, ale szłam dalej. Podążałam za tym, który ciągnął za sobą połyskującą walizkę. Szłam, dopóki on się nie zatrzymał. Stanęliśmy na uboczu, choć i tak otaczało nas sporo osób. Jednak mimo tłumu, bardzo dobrze słyszałam jego głos. Możliwe, że działo się tak, ponieważ mogły być to jego ostatnie słowa skierowane do mnie i chciałam zapamiętać każde z nich.
– Proszę – powiedział na początek, wręczając mi dwie koperty.
Otworzyłam jedną z nich, błękitną. Znajdował się w niej bilet lotniczy do Londynu w jedną stronę. Pominęłam to milczeniem i rozdarłam drugą, kremową kopertę ozdobioną szykownym tłoczeniem oraz pieczątką z logo Oxfordu. Nie miałam pojęcia skąd Michael wziął oficjalny papier uczelni, ale z drugiej strony, po nim mogłam spodziewać się dosłownie wszystkiego. W płaskim pakunku znajdowała się kartka, w której rozpoznałam list. Zaczęłam czytać.
Szanowna Panno Tyler,Mamy przyjemność powiadomić, że została Pani przyjęta do University of Oxford (...)
Dalsze słowa nie miały dla mnie znaczenia. To jedno zdanie w zupełności wystarczało.
– Co do... Co to jest, do cholery? – wykrztusiłam.
– Gratulacje – odparł krótko.
– Co z tego, że się dostałam? List przyszedł dawno temu, a ja nie odpowiedziałam. Nie potwierdziłam że będę uczęszczać na zajęcia. – Byłam pewna, że tym go zagięłam, ale on w odpowiedzi posłał mi chytry uśmieszek, co nie zapowiadało nic dobrego.
– Ja wysłałem list akceptacyjny. W twoim imieniu.
Poczułam ukłucie w sercu. Spuściłam wzrok, żeby nie musieć dłużej utrzymywać kontaktu wzrokowego. Chciałam się odezwać, lecz nie wiedziałam co powiedzieć. Nawet otworzyłam usta, ale po krótkiej chwili ponownie je zamknęłam.
– Słuchaj – powiedział, łapiąc mnie za ramiona. – Spójrz na mnie. – Z oporem wykonałam jego polecenie. – Myślisz, że robię to dla przyjemności? Uważasz, że łatwo mi odesłać cię z powrotem? Stracić cię? Robię to tylko po to, żeby cię chronić. Rozumiesz? Daniel miał rację... To ty jesteś moim największym skarbem. Wiedz, że pożegnanie z tobą to najtrudniejsza rzecz, z jaką stało mi się zmierzyć, ale tak będzie dla ciebie lepiej. W Anglii zaczniesz od nowa, ułożysz sobie życie jak normalna studentka. Nie potrzebujesz wokół siebie strzelanin, ani porywaczy. – Głos niespodziewanie mu zadrżał. – Chcę, żebyś wiedziała, że mimo tego, że jesteśmy z dwóch różnych światów... pokochałem cię. Naprawdę. Ale musisz o mnie zapomnieć i ruszyć naprzód.
Przez chwilę po prostu patrzyłam na niego, a moje oczy zapewne przypominały błyszczące monety. Próbowałam powstrzymywać łzy i jednocześnie coś odpowiedzieć, ale niestety mogłam zrobić tylko jedną z tych rzeczy. Krople zaczęły spływać po moich policzkach.
– Myślisz, że po tym co mi powiedziałeś kiedykolwiek o tobie zapomnę? – Po wypowiedzeniu tych słów, zaczęłam łkać.
Teraz to on spuścił wzrok, a jego dłonie zaczęły przesuwać się w dół i w górę moich ramion. Westchnął ciężko, po czym ponownie na mnie spojrzał.
– Już czas, żebyś szła.
Zamiast zrobić to, co chciał, objęłam go w pasie, a twarz wtuliłam w jego pierś. Pogłaskał mnie po plecach i odsunął się zaraz po tym. Pociągnął mnie w stronę bramki, za którą odbywała się odprawa. Przekazał mi walizkę i już chciał odejść, ale zatrzymałam go w ostatniej chwili.
– Michael, czy jeszcze kiedyś się zobaczymy?
– Może...
"Może" i nic więcej. Potem mnie zostawił. Odszedł jak gdyby nigdy nic, choć widziałam, że zaciskał pięści. Byłam zmuszona poddać się odprawie. Kobieta w lotniskowym uniformie prosiła mnie o ukazanie biletu. Gdy mi go oddawała, posłała mi pokrzepiający uśmiech. Zapewne widziała moje ckliwe pożegnanie z Michaelem. Odwzajemniłam uśmiech, lecz tak naprawdę wcale nie byłam pocieszona.


KONIEC PIERWSZEJ CZĘŚCI!
Błaaagam, żeby każdy, kto czytał to opowiadanie i wytrwał do tego momentu, skomentował ten rozdział, nawet jeśli miałoby być to zwykłe "ok" albo najnormalniejsza kropka. Dajcie znać, że czytaliście, proszę, to ma dla mnie ogromne znaczenie.
W czwartek pojawi się post informacyjny, w którym zapowiem drugą część i wspomnę o kilku innych sprawach.

Dziękuję, że przebrnęliście przez te 21 części♥

24 maj 2015

Rozdział 19

muzyka (klik)



Michael

Gdy tylko Lauren dostała SMSa od nieznanego numeru, nie czekałem ani chwili dłużej i bezzwłocznie zrobiłem to, co powinienem zrobić już dawno temu. Po powrocie do domu, zamknąłem się w swoim pokoju i usiadłem na łóżku. Z szafki nocnej wyciągnąłem laptopa.
Słyszałem jak czyjeś paznokcie powoli skrobały zewnętrzną stronę drzwi, ale próbowałem nie zwracać na to uwagi. Nic nie mogło mnie odciągnąć od pisania. Pisałem list, który chciałem wysłać natychmiast, bez zastanowienia. Zauważyłem, że przy tej czynności, dłonie lekko mi drżały.
– Mikey, co się stało? – Łkanie zza ściany wywołało u mnie dreszcze, lecz tylko zacisnąłem zęby i dalej naciskałem kolejne klawisze na klawiaturze, lecz od tej chwili jakby z większym naciskiem.
Dokument, który tworzyłem nie należał do najdłuższych, dlatego napisanie go zajęło mi niecałe dziesięć minut. Po skończonej pracy, zamknąłem komputer, po czym rozłożyłem się wygodnie na łóżku, a przynajmniej próbowałem, bo bez przerwy się wierciłem.
Zdążyłem zapomnieć o tym, co robiłem jakąś godzinę temu, ale gdy tylko sobie przypomniałem, zakryłem twarz dłońmi, czując przypływ ciepła. Zniszczyłem całą atmosferę, którą sam kreowałem i chciałem dopieścić w nawet najmniejszym szczególe. Przez to dokuczało mi poczucie winy. Niestety, nie mogłem zrobić nic, co mogłoby tę sytuację naprawić. Przestało mi zależeń na nastroju, kiedy sprawy przybrały tak poważny obrót, że dziewczyna dostawała wiadomości z pogróżkami.
Po pewnym czasie bezczynnego leżenia, zaczął mi doskwierać ucisk na szyi, więc odruchowo sięgnąłem do krawata, żeby go poluzować. Następnie, odpinałem kolejne guziki czarnej koszuli. Bardzo chciałem przebrać się w jakiś wygodniejszy strój, ale nie miałem na to siły. Nie miałem siły, żeby wstać z łóżka. W tym momencie czułem się bezsilny jak nigdy wcześniej, a powodem nie był jedynie garnitur.


Lauren

Nie miałam zamiaru stać pod jego drzwiami przez całą noc, toteż po pewnym czasie po prostu wróciłam do swojego pokoju. Stukot moich obcasów roznosił się po całym domu, choć próbowałam stąpać jak najdelikatniej, żeby tylko nikogo nie obudzić. W końcu, zdjęłam szpilki, gdyż dźwięk, który wydawały, zaczął irytować mnie samą. Przeszłam przez korytarz do właściwego pokoju i czym prędzej chciałam uwolnić swoje ciało od obcisłej sukienki. Po ciężkiej walce z zamkiem, usytuowanym w niefortunnym miejscu na plecach, materiał wreszcie opadł na podłogę, lecz szybko go podniosłam, żeby zaraz powiesić na wieszaku.
Marzyłam o chłodnym prysznicu, który unormowałby temperaturę mojej rozgrzanej skóry. Rzecz jasna, wolałabym wziąć ów prysznic w czyimś towarzystwie, lecz ten ktoś zamknął się w swoim pokoju i najwyraźniej nie miał ochoty wychodzić. Właśnie dlatego, musiałam w samotności przygotować się do snu, zaczynając od zmycia makijażu, nad którym pracowałam dobre pół godziny. Chciałam aby wszystko tego wieczoru było idealne, ale nie przypuszczałam, że mój ukochany ucieknie ode mnie bez słowa.
Rozmyślając nad tym co mogłam zrobić źle, załatwiłam wszystkie sprawy, po czym wyszłam z łazienki. W mojej głowie tłumiło się tyle myśli, że zaśnięcie wydawało się niemal niemożliwe. Niechętnie weszłam do łóżka i nakryłam się kołdrą. Pragnęłam zasnąć bez problemu, ale niestety, co chwila przewracałam się z boku na bok i bez przerwy rozmyślałam.
Czemu akurat tej nocy musiałam spać sama?
Przypomniałam sobie wyznanie Michaela w parku i dreszcze momentalnie przebiegły mnie od stóp, aż po czubek głowy. Tak bardzo chciałam ponownie dotknąć jego ust.
Moje palce automatycznie powędrowały do warg i zaczęły je gładzić – nie panowałam nad tym.
– Oh, Michael – westchnęłam do siebie.
Wypuściłam powietrze z płuc, po czym położyłam się na brzuchu, wtulając twarz w miękką poduszkę. Dopiero w tej pozycji czułam się na tyle wygodnie, żeby zdołać zasnąć.


Mimo że w nocy przebudziłam się dwa razy, rano byłam w pełni wypoczęta. Wstałam z dobrym humorem i nową siłą. Chciałam zacząć dzień pozytywnie, ale moje ambitne plany legły w gruzach, gdy tylko weszłam do kuchni.
Wszyscy siedzieli przy stole, a zamilkli jak jeden mąż, kiedy przekroczyłam próg. Ich oczy śledziły każdy mój ruch. Dokładnie oglądali jak odsuwam krzesło, po czym na nim siadam. Czułam się osaczona, przez co wstrzymywałam oddech, w obawie, że zaraz wybuchnę niczym bomba. Nie miałam zielonego pojęcia o co im chodziło, a byłam pewna, że pytanie o to nie przyniesie niczego dobrego. Dlatego też, postanowiłam zignorować ich nietypowe zachowanie i wykonywać wszystkie czynności tak, jak robiłam to każdego dnia.
– Dzień dobry – przywitałam się na dobry początek.
Nikt mi nie odpowiedział, ale nie wzięłam tego do siebie. Chwyciłam kromkę chleba, leżącą na talerzu na środku stołu i zaczęłam ją smarować masłem. Próbując jakoś rozluźnić tę napiętą atmosferę, zaczęłam sobie nucić pod nosem, podczas komponowania kanapki. Po chwili, Luke odkaszlnął nieznacznie, skupiając na sobie spojrzenia innych, łącznie ze mną. Gdy tylko nasze spojrzenia się spotkały, posłałam mu wesoły uśmiech. Następnie, ukradkiem zerknęłam na Michaela – wpatrywał się w swój talerz.
Czując coraz większy dyskomfort, dyskretnie zaczęłam wiercić się w miejscu. Zaciskałam zęby, żeby tylko nie powiedzieć czegoś, czego mogłabym później żałować. Z całych sił próbowałam skupić się na swoim ubogim śniadaniu, lecz słysząc oddech Michaela, było to bardzo trudne. Bez przerwy miałam ochotę na niego spoglądać, a powstrzymywanie tego pragnienia też nie należało do najłatwiejszych.
Czułam, że jeszcze moment i wpadnę w histerię. Ta sytuacja męczyła mnie od samego początku, ale z każdą sekundą byłam coraz bardziej niecierpliwa. Musiałam znać powód tej grobowej ciszy, bo niewiedza nie dawała mi spokoju.
– Dobra, o co chodzi? – zapytałam, wlepiając wzrok w Michaela.
Wtem, powoli podniósł głowę i popatrzył na mnie. Z jego twarzy nie dało się odszyfrować żadnej emocji – był skamieniały niczym posąg. Patrzyłam na niego wyczekująco i nawet otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć, ale zaraz po tym, ponownie je zamknął, tym samym pozbawiając mnie ostatnich resztek nadziei.
Miałam tego serdecznie dość, chociaż próbowałam tego nie okazywać. Powróciłam do swojej kanapki, gdyż nie dostałam odpowiedzi na pytanie, a dłuższe oczekiwanie nie miało sensu. Sałata, którą żułam, chrupała soczyście, zagłuszając ciszę. Celowo głośno jadłam. Chciałam zwrócić na siebie uwagę, żeby wreszcie ktoś się do mnie odezwał. Niestety, bezskutecznie.
Nagle, Ashton wstał od stołu i bez słowa wyszedł z kuchni. Niewiele później, Calum także odsunął swoje krzesło, rozciągając przy tym ramiona. Przez chwilę hałasował, wkładając brudne naczynia do zlewu, a później oddalił się, ziewając po drodze. Usłyszałam trzask frontowych drzwi, więc najwyraźniej wyszedł z domu, prawdopodobnie zmęczony gęstą atmosferą.
Zostałam tylko z Luke'iem i Michaelem. Błagałam w myślach, żeby Luke nas nie zostawiał, a najlepiej, żeby coś powiedział. Dłonie zaczęły mi drżeć ze stresu, że zostanę z zielonookim sam na sam i będziemy musieli rozmawiać o czymś, o czym nie miałam ochoty mówić. Póki co, wszystko wskazywało na to, że inni stopniowo chcieli opuścić pomieszczenie, pozwalając Michaelowi przeprowadzić ze mną poważną jakąś rozmowę. Nie mogłam wymyślić żadnego innego powodu ich zachowania, więc postanowiłam trzymać się tej wersji.
W końcu, popatrzyłam błagalnie na moje ostatnie koło ratunkowe, lecz chłopak nawet nie raczył odwzajemnić spojrzenia. Przeżuwał ostatni kęs jajecznicy, co nie było dobrym znakiem. Bałam się, że zaraz i on nas opuści, pozostawiając mnie samą w nerwach bez żadnego mentalnego wsparcia. W ostatniej chwili, zdecydowałam ratować sytuację.
– Luke, chcesz później pograć w piłkę? – palnęłam. Miałam ochoty walnąć się w głowę. Nie mogłam wymyślić niczego lepszego?
– Eee, nie wiem – odparł, nerwowo drapiąc się po karku. – Trochę źle się czuję.
– Jasne. – W moim głosie nie było słychać nawet nuty przekonania, ale nie starałam się, aby było inaczej. Odpuściłam.
Nie miałam już nawet o co walczyć, gdyż Luke także zniknął. Westchnęłam ciężko, czekając na to, co usłyszę, zupełnie jakbym czekała na wyrok śmierci. Problem był w tym, że nawet nie wiedziałam czy zrobiłam coś nie tak, czy po prostu wszyscy wstali z łóżek lewą nogą.
Ku mojemu zaskoczeniu, Michael wstał od stołu i ruszył ku wyjściu z kuchni. Tego zupełnie się nie spodziewałam. Jednak nie pozwoliłam zaskoczeniu nad sobą zapanować i zerwałam się ze swojego miejsca. W momencie, gdy chłopak przekraczał próg, złapałam go za ramię. Zatrzymał się, lecz nie odwrócił głowy w moją stronę.
– Co się dzieje? – zapytałam, przybliżając się nieco. – Zrobiłam coś nie tak? Przecież wczoraj było tak miło...
Nie zdążyłam dokończyć swojej wypowiedzi, bo Michael gwałtownie wyrwał się z mojego uścisku, po czym ruszył przed siebie, podczas gdy ja bezczynnie stałam w miejscu.
Nie rozumiałam już zupełnie nic. W głowie miałam pustkę. Nawet zabrakło mi pytań, które mogłabym zadać. Zresztą i tak na żadne nie otrzymałabym odpowiedzi.
Ze zrezygnowaniem powłócząc nogami, wyszłam na zewnątrz, nie mogąc dłużej znieść atmosfery, panującej w środku. Szłam wzdłuż ulicy w stronę pustych terenów.
Przez kilka minut mojej drogi, towarzyszyło mi zdenerwowanie, lecz w końcu minęło, zapewne dzięki świeżemu powietrzu. Oddychałam głęboko, wpatrywałam się w niebo i powoli wyzbywałam się wszelkich negatywnych emocji. Próbowałam chociaż przez chwilę pomyśleć o czymś pozytywnym, przywołując miłe wspomnienia.
Najpierw skupiłam się na angielskim deszczu. Był on zupełnie inny, niż ten w Australii. Tutejsze krople były większe i przede wszystkim cieplejsze, do czego wciąż nie mogłam się przyzwyczaić. Częściej przychodziła burza, a rzadziej typowa, soczysta ulewa. Po części mi jej brakowało. Jednak gdy myślałam o dniach, kiedy siedziałam w domu, w Anglii, i oglądałam deszcz, uśmiech sam wpełzał na moją twarz. Zawsze takie dni spędzałam w towarzystwie rodziców, a chwile spędzone z nimi nigdy nie były zmarnowane. Uwielbiałam siedzieć w rodzinnym gronie i grać w gry planszowe, z których nigdy nie wyrosłam. Tutaj mi tego brakowało.
Idąc tak przez pustkowie, zapragnęłam, żeby spadł deszcz i zrosił moją twarz. Potrzebowałam orzeźwienia, jakiejś odskoczni.
Tęskniłam także za dalszą rodziną. Jak o tym myślałam, dotarło do mnie, że wybrałam uczelnię, znajdującą się naprawdę na końcu świata. Odległość była przeogromna, a strefy czasowe ograniczały możliwości kontaktu.
W tym momencie, szczerze zatęskniłam za domem. Moim prawdziwym domem, gdzie się wychowywałam i gdzie żyli wszyscy moi najbliżsi.
Zdałam sobie sprawę, że czasem nie myślałam racjonalnie. Nie zawsze podejmowałam dobre decyzje, ale gdy czegoś bardzo chciałam, sięgałam po to i nic nie mogło mnie powstrzymać. Właśnie tak było z wyborem uczelni – wymyśliłam sobie Sydney i koniecznie musiałam tu przyjechać. Choć jak patrzyłam na to z perspektywy czasu, mój przyjazd sprowadził same kłopoty. Wszystko zaczęło się sypać od razu, gdy tylko wylądowałam.
Nagle, poczułam ukłucie w sercu, wyrywające mnie z zamyślenia. To ukłucie kuło jak poczucie winy. Tak... Czułam się tak, gdyż nie powinnam była myśleć w ten sposób. Mój przyjazd sprowadził też parę dobrych rzeczy. Mimo, że było trudno, a czasem wręcz koszmarnie ciężko, poznałam tu kogoś lepszego, niż tego kretyna Daniela. Michael miał w sercu dobro, którego sam nie potrafił dostrzec.
Wtem, oświeciło mnie. Strzeliło to we mnie jak grom z jasnego nieba. Momentalnie obróciłam się na pięcie, po czym puściłam się biegiem w stronę domu. Przeszłam spory kawałek, ale nie miałam zamiaru się wlec w drodze powrotnej – chciałam ją pokonać biegnąc.
– Michael tylko udawał – dyszałam sama do siebie. – Skrywał twarz pod maską...
Ale przede mną ukazał swoje prawdziwe oblicze!, dokończyłam w myślach.
Pokazał mi swoją wrażliwość. Udowodnił, że potrafi być delikatny i czuły. Ujawnił przede mną swoją pasję i oddanie muzyce. Właśnie to było w nim tak niesamowite i tak bardzo chciałam mu o tym powiedzieć. Musiałam bezzwłocznie uświadomić mu jak dobrym człowiekiem był w rzeczywistości i jak wiele dla mnie znaczył.
Nie czułam już sił w nogach, brakło mi tchu, ale widziałam w oddali biały domek, do którego zmierzałam, co dodawało mi mocy. Dlatego biegłam dalej, mimo że trochę zmniejszyłam tempo.
Gdy wybiegłam na podjazd, zatrzymałam się, chcąc złapać oddech. Położyłam ręce na kolanach, a głowę spuściłam w dół. Przez chwilę nabierałam powietrza do płuc, wypuszczałam je i tak w kółko. Odzyskałam siłę, żeby dojść do drzwi frontowych, przez które przeszłam jak najszybciej. Już na progu, próbowałam zlokalizować Michaela, ale zastałam jedynie głuchą ciszę. Nasłuchiwałam, lecz nie słyszałam żadnej rozmowy, telewizora, dźwięków pianina czy nawet brzdęku hantli. Weszłam głębiej do salonu, a następnie ruszyłam w górę schodów. Wszystkie drzwi były zamknięte, poza jednymi – moje były lekko uchylone, a byłam pewna, że zostawiłam je zatrzaśnięte. Niepewnie podeszłam bliżej, ale bałam się zajrzeć do środka, a raczej bałam się co mogę zobaczyć. W mojej głowie, automatycznie pojawiły się same najczarniejsze scenariusze, jeden po drugim.
Morderca, przykładający ostrze do szyi Michaela. Zakrwawione ciało, leżące na środku podłogi. Tykająca bomba, gotowa rozwalić cały budynek wraz z jego zawartością...
Powoli wypuściłam powietrze z płuc, policzyłam do trzech i wyjrzałam za ścianę, zaglądając do wnętrza pokoju. To, co zobaczyłam sprawiło, że stanęłam jak wryta. Nie przeraziło mnie to, ale zdecydowanie zaskoczyło. Tego nigdy bym się nie spodziewała.


Jak już do tego usiadłam, napisałam dość szybko, chociaż wiem, że jest dość krótko. Pisałam notkę z przeprosinami, więc teraz je sobie odpuszczę. Do końca pierwszej części pozostał jeden rozdział, który postaram się dodać jak najszybciej (tym razem na serio!).
Z tego co widzę, w ankiecie 34 osoby odpowiedziało, że rzekomo komentują rozdziały, więc teraz pięknie proszę, aby te wszystkie osoby naprawdę zostawiły komentarz pod tym rozdziałem. Dziękuję:)

13 maj 2015

Złe (ale nie najgorsze) wieści

Hej, to znowu ja i nie, nie mam dla Was nowego rozdziału. Właśnie tego dotyczy owa zła wiadomość.
Mija kolejny miesiąc, a rozdziału jak nie było tak nie ma. Próbowałam nad nim pracować, lecz efekty były marne. Niestety, nie jestem w stanie go teraz napisać. Są różne powody, ale powiem krótko: chyba nie ma sensu się nad nimi rozpisywać. 
Chciałam Was po prostu przeprosić. Za to, że musicie czekać, że rozdziały są coraz mętniejsze i za to, że co miesiąc piszę notkę taką jak ta.
Do końca opowiadania zostały dwa rozdziały (+ ewentualna druga część), a ja akurat teraz musiałam nawalić. Źle mi z tym, lecz ostatnio pisanie kompletnie mi nie wychodzi, a wiecie, że nie chcę dawać Wam totalnego chłamu.
Ostatnio Mask zyskał wielu nowych czytelników, a ja co im daję? Nic. Dlatego, proszę o wybaczenie. Nie chcę niczego obiecywać, bo nie wiem czy dam radę dotrzymać słowa. Jednak chcę, żebyście wiedzieli, że naprawdę mi przykro, ale nic nie mogę z tym zrobić.
Piszę tę notkę na szybko, bo jutro jadę na koncert 5sos do Berlina i chciałam tylko pokazać, że żyję i odpowiedzieć na pytanie "Kiedy nowy rozdział?" To chyba tyle z mojej strony.
Wiem, że zawsze mogę na Was liczyć, dlatego modlę się, żebyście i tym razem mnie nie znienawidzili:(

Na zawsze Wasza,
Curly x

9 kwi 2015

Rozdział 18



Lauren


Zastałam Michaela, siedzącego na fotelu w salonie. Był sam, a w ręku trzymał małą kartę SD i przyglądał się jej uważnie. Nie chciałam mu przeszkadzać, ale za bardzo się stęskniłam, żeby po prostu odejść. Gdy podeszłam bliżej, podniósł na mnie wzrok i uśmiechnął się lekko. Bez wahania, usiadłam mu na kolanach, a twarz wtuliłam w jego ramię.
– Co robisz? – zapytałam sennym głosem.
W odpowiedzi mnie objął i pocałował w czoło. Najwyraźniej wyrwałam go z głębokiej zadumy, choć nie dawał tego po sobie poznać.
– Chcesz dziś gdzieś wyjść? – zaproponował.
Popatrzyłam na niego pytająco; zdziwiła mnie ta propozycja, ale jednocześnie wywołała uśmiech na mojej twarzy.
– Jasne – odparłam. – A gdzie konkretnie?
Spojrzał w sufit, zastanawiając się. Jego usta powoli wykrzywiły się w uśmiechu.
– Hmm... Do filharmonii.
Jak na komendę, wstrzymałam oddech, próbując ukryć ekscytację. Jedno hasło wystarczyło do tego, żeby w mojej głowie powstał obraz niczym scena z filmu.
– Byłoby świetnie.
Byłam pewna, że moje oczy zaświeciły niczym dwie latarki. Wyobraziłam sobie siebie w eleganckiej sukience i Michaela, w równie szykownym, garniturze. Zawsze miałam słabość do mężczyzn pod krawatem, a jednak ten był moim ulubionym. Słowo "filharmonia" znikało pośród moich myśli i wyobrażeń.
Jednak nagle zamarłam. Mogłam marzyć o jakiejś pięknej kreacji, ale w rzeczywistości, nie posiadałam niczego odpowiedniego.
Michaelowi nie umknęło moje nagłe poruszenie.
– O co chodzi? – zapytał.
– Nie... Nie mam co ubrać... – powiedziałam to bardzo cicho, jednocześnie zaciskając zęby.
– To kup. – Wybuchł śmieciem jak gdyby nigdy nic.
Poczułam się nieswojo z bliżej nieokreślonego powodu, toteż wstałam i powoli zaczęłam się wycofywać. Nerwowo zakładałam włosy za ucho, czego nawet nie byłam świadoma.
– Dobrze – przytaknęłam, po czym wybiegłam po schodach.
Na środku korytarza, wypadłam na Caluma, idącego z naprzeciwka. Położył dłonie na moich ramionach, próbując mnie wyminąć. W ostatniej chwili, zobaczył towarzyszący mi niepokój.
– Coś się stało?
Jak na zawołanie, w mojej głowie pojawiła się masa odpowiedzi, którymi niestety nie mogłam się podzielić.
Nie mam koleżanek, z którymi mogłabym pójść na zakupy.
Nie mam własnych pieniędzy, za które mogłabym kupić sobie sukienkę.
Nie mogę wyjść na miasto bez pozwolenia.
Nie mogę zrobić niczego bez nadzoru przynajmniej jednej z moich czterech nianiek.
– Nic – odpowiedziałam krótko, odganiając wszystkie męczące mnie myśli.
– Mnie nie nabierzesz – zachichotał, przekonany, że go okłamałam; i miał rację. – Jaki masz problem?
– Nieważne – prychnęłam. – Nie chcę robić z siebie ofiary losu.
– Za późno – dociął mi swoim bezbłędnym sarkazmem. – Gadaj o co biega.
– To nic takiego... – Za wszelką cenę próbowałam zyskać na czasie. – Po prostu nie mam z kim iść na zakupy.
Nagle, Calum wziął mnie za łokieć i pociągnął za sobą. Dosłownie wrzucił mnie do swojego pokoju. Myślałam, że stało się coś złego, ale gdy zobaczyłam dziwny uśmiech na jego twarzy, wiedziałam, że nie o to chodzi.
– Michael zaprosił cię do filharmonii? – wyszeptał jakby ktoś nas podsłuchiwał.
– Tak... Skąd wiesz?
– Znam go, dobra? Poza tym, gadamy o różnych rzeczach.
– O mnie też? – niekontrolowanie pisnęłam.
– Ciiicho. Tak, o tobie też. – Nie ukrywałam oburzenia. – On planował to od jakiegoś czasu, więc jeśli chcesz kupić coś na tę okazję, jadę z tobą.
Nie wiedziałam czy mam być mu wdzięczna, czy bardziej wkurzona o to, jak mnie traktował. Dlatego też, w odpowiedzi wydęłam usta, jednocześnie szturchając go w ramię. Zastanawiałam się co mogło tkwić w jego głowie. Dlaczego tak zareagował na wieść o randce? Ciekawość mnie zżerała, ale nawet jakbym zapytała, nie dostałabym normalnej odpowiedzi.
Po chwili, chłopak ponownie wyprowadził mnie na korytarz i ruszył w stronę schodów.
– Wychodzimy na zakupy – powiadomił Michaela.
Blondyn spojrzał na nas pytająco, ale nic nie powiedział. Odprowadził nas wzrokiem do drzwi, a kiedy posłałam mu uśmiech na odchodnym – nie odpowiedział.
Calum wsiadł do czerwonego auta, którym jeszcze nie miałam okazji jechać. Ten kolor lakieru wyjątkowo pasował do właściciela pojazdu.
– Chcę jechać do... – zaczęłam, lecz brunet uciszył mnie ruchem ręki.
– Nie. Nie jestem szoferem. Jedziemy tam gdzie ja chcę.
– Ale...
– Ale ja wiem w czym będziesz wyglądała najlepiej.
Speszyłam się. Przez resztę drogi nie odezwałam się ani słowem, sceptycznie nastawiona do tej wyprawy.
Dawno nie byłam w centrum miasta, więc galeria handlowa była dla mnie czymś niezwykłym. Patrzyłam na nią jak na cud świata, mimo że nie różniła się jakoś specjalnie od tych, w których bywałam wcześniej. Poczułam się jakbym odwiedzała obcą planetę.
Weszliśmy do środka, zupełnie jak normalni ludzie, choć tak naprawdę w nawet najmniejszym stopniu nie czułam się normalna.
Nawet nie zdążyłam się rozejrzeć, bo Calum złapał mnie pod łokieć, po czym pociągnął w przeciwną stronę. Spojrzałam na niego i dostrzegłam dziwny błysk w jego oczach. Wyglądał na podekscytowanego, choć nie sądziłam, żeby miał ku temu powód.
Dosłownie wpadliśmy do jednego ze sklepów, w którym znajdowały się same eleganckie stroje. Nic nie wyglądało tandetnie, wszystko było wyszukane i odpowiednie na każdą okazję. Nie wiedziałam na czym zawiesić wzrok.
– Usiądź sobie tam. – Brunet wskazał na kremową kanapę w wiktoriańskim stylu.
– Dlaczego mam siadać?
– Bo ja poszukam czegoś, co mogłabyś ubrać i nie chcę, żebyś mi przeszkadzała.
W odpowiedzi wydęłam usta, a ręce skrzyżowałam na piersi, ale poszłam we wskazanym kierunku.
Calum kontrolował każdy mój ruch, ale gdy w końcu usiadłam, zniknął między wieszakami. Jedyne co mogłam robić, to czekać na niego, co było nadzwyczaj nudnym zajęciem.
Rozglądałam się po wnętrzu sklepu. Jego wystrój był mieszanką baroku ze stylem nowoczesnym, lecz wszystko idealnie ze sobą współgrało. Z sufitu zwisały zachwycające żyrandole, złożone z małych, lśniących kryształków; nie mogłam oderwać od nich wzroku.
Sklep miał zaledwie kilku klientów, ale każdy z nich wyglądał na takiego, który zrobi spore zakupy. Młode dziewczyny w towarzystwie bogatych ojców, jak i dorosłe kobiety w gronie przyjaciółek. Nie brakło tu także mężczyzn, szykujących się do wielkiego wyjścia.
Moją uwagę przyciągnęła nastolatka, którą wyróżniały blond włosy, sięgające pasa. Biegała między wieszakami jak oszalała, a za nią starszy mężczyzna w garniturze, niespecjalnie zadowolony ze swojego zajęcia. Podczas gdy dziewczyna szukała dla siebie odpowiedniej kreacji, ten trzymał dla niej sukienki do przymierzenia. Na jego pomarszczonym czole dostrzegłam kilka kropli potu; najwyraźniej biegał już od dłuższej chwili. Widząc jego ból, posłałam mu pocieszający uśmiech, ale nawet nie miał czasu, aby mi odpowiedzieć, gdyż musiał podążać za młodą dziewczyną.
Od niechcenia wróciłam głowę i zobaczyłam Caluma, idącego w moją stronę. Niósł trzy różne sukienki. Nagle, poczułam wstyd. Nie chciałam sprawiać wrażenia rozpuszczonej dziewuchy, tak jak tamta blondynka. Nie byłam przyzwyczajona do tego, żeby ktokolwiek nosił dla mnie ubrania.
– Co to za skwaszona mina? – zapytał brunet. – Nawet nie przymierzyłaś tych kiecek, więc się nie krzyw.
Chłopak był święcie przekonany, że byłam wybredna. Lepiej, żeby tak zostało, bo nie miałam ochoty mu się tłumaczyć.
– Wskakuj do przymierzalni. – Podał mi wieszaki. – Wszystkie są piękne, więc musimy zobaczyć jak będziesz w nich wyglądać, żeby się na którąś zdecydować.
Skinęłam głową, po czym weszłam do kabiny. Miała ona większe rozmiary niż taka w przeciętnych sklepach, a każda ścianka była lustrzana. Dwa wieszaki powiesiłam na haczyku, a jeden wzięłam do ręki. Purpurowa sukienka kompletnie nie przypadła mi do gustu; ani kolor, ani krój. Od razu ją odwiesiłam. Zaczęłam się zastanawiać czy Calum rzeczywiście tak dobrze wiedział w czym będę dobrze wyglądać.
Chwyciłam kolejną – burgundową. Była zwykła. Długi rękaw, głęboki dekolt, odcięcie w talii i rozkloszowany dół. Nie przepadałam za tego typu fasonem, ale nie chciałam od razu z niej rezygnować, gdyż miała naprawdę ładny kolor.
Niespiesznie zdjęłam cienki sweter, który miałam na sobie. Dzięki klimatyzacji, po ciele przeszły mnie dreszcze. Przyspieszyłam i zapragnęłam jak najszybciej się przebrać. Kiedy już byłam gotowa, otworzyłam drzwi, żeby Calum mógł mnie zobaczyć. Na wejściu posłałam mu mordercze spojrzenie.
– Wyglądam jakbym szła do kościoła.
Chłopak bez słowa skinął głową, zgadzając się ze mną.
Wywróciłam oczami i wróciłam do przymierzalni. Założyłam ostatnią, dopasowaną sukienkę w kolorze butelkowej zieleni. Miała ona wysoki dekolt, a po bokach ciekawe trójkątne wycięcia. Brakowało jej rękawów, lecz wizualnie było to zdecydowanie na plus. Bez zastanowienia chciałam ją kupić. Niestety, ktoś musiał zatwierdzić mój wybór, toteż wyszłam przed drzwi kabiny.
– Wow – wydusił z siebie Calum, lustrując mnie od góry do dołu.
Na moment zatrzymał wzrok na moich biodrach, a później spojrzał wyżej, gdzie nasze spojrzenia się spotkały.
– Podkreśla kolor twoich oczu – dodał.
Uśmiechnęłam się, nieco zawstydzona. Jednak niezaprzeczalnie miał rację. Moje oczy wyglądały jakby nabrały koloru.
Ponownie zniknęłam za drzwiami, żeby przebrać się w to, w czym przyszłam. Wzięłam ze sobą sukienkę, po czym ruszyłam w stronę działu z biżuterią. Chciałam dobrać do tego chociaż jakiś ładny naszyjnik.
– Hej, a ty dokąd? – Cal zatrzymał mnie w połowie drogi. – Idziemy do kasy.
– Ale chciałam jakiś wisiorek.
– Zwariowałaś? – Faktycznie patrzył na mnie jak na wariatkę. – Żaden nie będzie pasował. Ta sukienka sama w sobie jest jak biżuteria.
– Ale tak jest nudno...
– Jest idealnie! Zaufaj mi.
Zacisnęłam zęby, ale już nic więcej nie powiedziałam. Posłusznie poszłam do kasy. Podczas gdy Calum płacił, próbowałam sobie wyobrazić jakiekolwiek korale w zestawieniu z tą sukienką. Może rzeczywiście nic do tego nie pasowało, a już na pewno nic z tego sklepu. W myślach przyznałam rację chłopakowi i na dobre przestałam kręcić nosem.
Wcale nie musiałam się nie wiadomo jak stroić. Taki skromny strój jest zdecydowanie najbardziej odpowiedni na takie wyjście.


Tym razem to ja czekałam na dole, co sprawiało, że denerwowałam się coraz bardziej. Bez przerwy gładziłam dłonią materiał mojej ciemnozielonej sukienki, w obawie, że się pogniecie. Przystawałam z nogi na nogę, a stukot obcasów dodawał mi otuchy.
Kątem oka widziałam kształt, poruszający się w oknie; to Calum machał do mnie i szczerzył zęby, podtrzymując mnie na duchu. Odwzajemniłam uśmiech, ale zaraz potem spoważniałam, co było zasługą zdenerwowania. Na niczym nie mogłam skupić myśli; czekanie mnie wykańczało.
Nagle, usłyszałam skrzypienie frontowych drzwi. Serce momentalnie zaczęło mi bić szybciej, mimo że jeszcze nie zobaczyłam Michaela. Niestety, gdy wyszedł na zewnątrz, mój stan tylko się pogorszył. Kolana się pode mną ugięły na widok czarnego, gładkiego garnituru. Koszula i krawat w tym samym kolorze były ledwo widoczne, gdyż zlewały się z materiałem marynarki. Jego fryzura nie różniła się od tej, co nosił na co dzień, lecz mimo to, pasowała idealnie.
– Co się tak patrzysz? – Wykrzywił usta w półuśmiechu, a gdy podszedł bliżej, pocałował mnie w policzek.
– Świetnie wyglądasz – mruknęłam, wciąż nie mogąc się otrząsnąć. Robił naprawdę niezłe wrażenie.
– Ty też nawet nawet – zaśmiał się, po czym posłał mi czułe spojrzenie.
Nie często miałam okazję przebywać z tym impertynenckim Michaelem, ale od czasu do czasu nie było w tym nic złego. Podobno dziewczyny lubią tych złych chłopców, więc nie powinnam narzekać.
Po chwili, zajęłam w samochodzie miejsce pasażera. Jak najszybciej chciałam znaleźć się na miejscu, przez co niecierpliwie kręciłam się w fotelu. Włączyłam radio, ale to nie przyspieszyło czasu.
– Tak na prawdę to ślicznie dzisiaj wyglądasz – powiedział nagle Michael, wyrywając mnie z zamyślenia.
Popatrzyłam na niego zaskoczona. Nie odrywał wzroku od drogi, dopóki nie poczuł na sobie mojego spojrzenia. Po tym, uśmiechnął się do mnie, a jego policzki lekko poczerwieniały. Ten widok sprawił, że niemal stopniałam, niczym kostka lodu w upalny dzień.
– Dziękuję.
Był idealny. Właśnie taki.


Filharmonia, do której szliśmy była naprawdę piękną budowlą w nowoczesnym stylu. Niestety, prowadziło do niej całkiem sporo schodów, które pokonywałam dzielnie w moich wysokich butach. Gdy tylko weszliśmy do środka, miałam wrażenie, że wszystkie spojrzenia skupiły się na nas. Najwyraźniej Michael pomyślał o tym samym, bo popatrzył na mnie znacząco. Mimo wszystko, złapał mnie za rękę i ruszyliśmy naprzód, ignorując ciekawskich ludzi.
Jednak moja podświadomość zastanawiała się, dlaczego tak dziwnie na nas patrzono. Byłam pewna, że mój strój nie był zbyt kontrowersyjny na tę okazję, więc nie to było powodem. Z drugiej strony, nie wyglądałam tak zjawiskowo, żeby ludzie niekontrolowanie mnie podziwiali.
Zerknęłam na Michaela. Możliwe, że jego niesforna fryzura była nie do końca odpowiednia. Kolczyk w łuku brwiowym też nie nadawał mu zbyt przyjaznego wyglądu.
Może o to chodziło. A może nie, ale Mikey na pewno nie wyglądał na typowego fana muzyki klasycznej. I właśnie to było w nim niezwykłe – bogate wnętrze, które potrafili dostrzec tylko nieliczni.
Bez wahania, weszliśmy na salę, gdzie miał odbyć się koncert. Zajęliśmy miejsca wyznaczone na biletach i pozostało nam czekać. Rozglądałam się po wnętrzu, a było na co patrzeć. Siedzieliśmy w sektorze głównym na parterze, lecz był on otoczony dwoma piętrami z lożami. Te, powoli się zapełniały.
Sufit sięgał bardzo wysoko, przez co musiałam zadzierać głowę, żeby zobaczyć zwisający z niego okazały żyrandol. Był on tak duży, że wystarczał do oświetlenia całej sali, choć poza nim, ściany zdobiły liczne kinkiety.
Podczas gdy błądziłam wzrokiem po wnętrzu, nie zauważyłam kiedy ktoś wszedł na scenę. Zorientowałam się dopiero po usłyszeniu głosu owej osoby. Była to kobieta, ubrana w długą czarną suknię oraz dopasowany żakiet. Na tak dużej scenie wyglądała na dość drobną osobę. Powiedziała kilka słów wstępu, po czym zeszła ze sceny, ustępując miejsca muzykom.
Natychmiast wyprostowałam się w swoim siedzeniu. Musiałam się skupić, gdyż taki rodzaj muzyki nie należał do moich ulubionych. Bardziej niż zażywanie kultury, liczyła się dla mnie osoba, siedząca na prawo ode mnie.
Nigdy nie widziałam nikogo tak bardzo urzeczonego muzyką. On po prostu nie mógł oderwać wzroku od sceny, a ja nie mogłam przestać podziwiać jego. Wyglądał zupełnie tak, jakby był w transie. Lekko mrużył oczy, a usta miał wykrzywione w, moim ulubionym, delikatnym półuśmiechu. Ręce położył na podłokietnikach, przez co wyglądał jeszcze postawniej.
Może było to niegrzeczne z mojej strony, ale nie byłam zainteresowania występem. Dla mnie Michael był atrakcją wieczoru, zwłaszcza że miał na sobie tak piękny i elegancki strój.
Popatrzyłam na jego dłoń, leżąca bliżej mnie; aż prosiła, żeby ją dotknąć. Poruszyłam moimi skostniałymi palcami, po czym splotłam je z jego.
Spojrzał na mnie kątem oka, a gdy zobaczył, że wciąż mu się przyglądam, przelotnie pocałował mnie w czoło. Wtem, poczułam nagłe ciepło, opanowujące moje ciało od czubka głowy, aż do stóp.
Zamarzyłam, żeby wyjść na zewnątrz i móc go pocałować szczerze i bez zahamowań. Musiałam ugryźć się w język, próbując opanować emocje.
Oparłam głowę o ramię chłopaka i postanowiłam skupić się na ostatnich minutach występu. Nawet jeśli nie było ich tak mało jakbym chciała, musiałam się uspokoić. Miałam tylko nadzieję, że mój niepokój nikomu nie rzucił się w oczy.


Michael

Gdy tylko koncert dobiegł końca, zauważyłem wielką ulgę, wpełzającą na twarz Lauren. Nawet rozbawił mnie ten widok i w żadnym stopniu nie uraził. Dostrzegłem także, że zadrżała pod wpływem chłodnego powietrza. Natychmiast wyciągnąłem rękę z kieszeni, żeby móc ją objąć ramieniem. Niestety, nie pomogło to zbyt wiele, więc zacząłem główkować co mógłbym zrobić, chcąc ją ogrzać.
Nerwowo ciągnąłem za nitkę, wystającą z rękawa mojej marynarki, próbując coś wymyślić. Nie chciałem, aby dziewczyna przy mnie źle się czuła, a gdy marzła, raczej mijałem się z celem.
Wtem, po prostu zdjąłem czarne nakrycie – że też wcześniej o tym nie pomyślałem – i zarzuciłem je na jej ramiona.
– Co powiesz na spacer? – zapytałem, na co bez wahania skinęła głową.
Uśmiechnąłem się do siebie. Na spacer chciałem iść z konkretnego powodu, dlatego nieco przyspieszyłem kroku, żeby czym prędzej znaleźć się w parku. Nie znajdował się on daleko, ale kawałek musieliśmy przejść.
Kiedy złapałem dłoń Lauren, poczułem, że tak właśnie powinno być. Uświadamiając sobie w jakiej byłem sytuacji, moja twarz automatycznie poczerwieniała, a w sercu poczułem miłe ciepło.
Po wejściu na główną ścieżkę w parku, od razu ruszyłem w kierunku centrum. W głowie miałem układ wszystkich alejek, więc trafienie do celu nie sprawiło mi żadnych problemów. Po kilku minutach, dostrzegłem zwyczajną, żółtą huśtawkę. Na jej widok, zadrżałem, tknięty przez wspomnienia.
– Po co przyszliśmy na plac zabaw? – Lauren zaśmiała się, najwyraźniej nieświadoma tego, w jakim staliśmy miejscu.
Popatrzyłem dziewczynie w oczy, po czym westchnąłem cicho. Przez chwilę wpatrywaliśmy się w siebie; żadne nie wypowiedziało ani jednego słowa. Wyglądała na nieco zdezorientowaną, lecz nie przeszkodziło mi to w zmniejszenia odległości między nami do ekstremalnie małej. Czubek mojego nosa był zaledwie kilka milimetrów od jej czoła. Właśnie wtedy, delikatnie złapałem ją za podbródek, a drugą rękę oparłem o jej biodro.
Z początku, nasze usta ledwie się musnęły. Jednak gdy tylko położyła dłonie na mojej piersi, wszelkie bariery zniknęły. Nieświadomie, oddała mi się w stu procentach, przez co mogłem nadać tempo naszemu kolejnemu pocałunkowi. Przyciągnąłem ją jeszcze bliżej siebie, na co jęknęła nieśmiało, prosto w moje usta. Od tego momentu, celebrowałem każdą kolejną sekundę, delektując się słodkim smakiem jej warg. Ciągnęła za mój krawat, ale taki ból sprawiał mi przyjemność.
Kompletnie urzeczony, nie mogłem przestać. Nie potrafiłem zatrzymać mojej ręki, przesuwającej się w dół i w górę po jej plecach. Musiałem się zmusić, żeby to przerwać, ale gdy już to zrobiłem, moje dłonie pozostały w tym samym miejscu.
Spojrzałem jej w oczy, słysząc łomotanie własnego serca. Następnie, spuściłem wzrok na lekko zaczerwienione usta. Bez zastanowienia, objąłem ją czule, na co ona także oplotła mnie ramionami. Pocałowałem ją w czoło, a już chwilę później zatapiałem nos w jej włosach, napawając się zapachem,jej ulubionego, owocowego szamponu.
– Kocham cię – szepnąłem pod wpływem emocji.
Tym wyznaniem zaskoczyłem sam siebie. Poczułem, że Lauren także skamieniała. Dopiero wtedy się odsunąłem.
– Tutaj pierwszy raz się spotkaliśmy – odpowiedziałem na pytanie, które wcześniej mi zadała.
Wtem, wstrzymała oddech i zaczęła się rozglądać, żeby po chwili przyznać mi rację. Na moją twarz wpełzł uśmiech.
Kiedy myślałem, że już nic nie może zepsuć tej chwili, coś w torebce Lauren zawibrowało wściekle. Sięgnęła do niej i wyciągnęła komórkę, chcąc odczytać SMSa.
– Nieznany – powiedziała, zanim otworzyła wiadomość.
Bez słowa, wyciągnąłem dłoń w jej stronę. Położyła na niej telefon, dobrze wiedząc co miałem na myśli. Kliknąłem na napis "Otwórz" i odczytałem kilka słów, które sprawiły, że moje serce podskoczyło do gardła:
"Korzystaj z życia póki możesz, bo nie zostało ci wiele czasu."


Przepraszam, że znowu musieliście tak długo czekać na rozdział, ale zwyczajnie nie mam czasu, żeby go pisać:( Nawet nie wiem kiedy zleciał ten miesiąc.

Z tego co mi wiadomo, opowiadanie czyta ponad 100 osób i byłoby mi bardzo miło gdyby chociaż część z nich zagłosowała na Mask w tej ankiecie: http://sonda.hanzo.pl/sondy,242829,72B3.html
Z góry dziękuję x

PS Dziękuję mojej kochanej Werce, która dała mi mega kopa do napisania tego rozdziału i bardzo mi pomogła♥ Bez niej bym nigdy tego nie napisała.

8 mar 2015

Rozdział 17



Lauren

Patrzyłam na drzwi, w nadziei, że za chwilę się otworzą, a na progu stanie Michael. Niestety, klamka wciąż tkwiła w bezruchu, tak samo jak ja. Mogłam tak czekać godzinami, lecz wszystkie moje starania nic nie zmieniały.
Myślałam nad tym, o czym ostatnio się dowiedziałam. Michael mi zaufał i powiedział co zostało im skradzione. Niestety, nie spodziewałam się, że taki szum może być wokół jednej, malutkiej karty SD! Gdy mi o tym powiedział, nie wiedziałam czy wybuch śmiechu będzie odpowiednią reakcją. Jednak doszłam do wniosku, że skoro tak bardzo im na tym zależało, musiało być to bardzo ważne. Nie wiedziałam co było zapisane na owej karcie, ale postanowiłam zapytać o to kiedy indziej. Mogłam tylko podejrzewać, że są to jakieś szalenie istotne dane.
Głos komentatora meczu, dobiegający z telewizora, wyrwał mnie z zamyślenia. Jego krzyki zaczynały mnie irytować. Chłopcy gapili się w ekran, co jakiś czas krzycząc z radości lub zawodu. Siedzenie z nimi w salonie mogło być bardzo uciążliwe, zwłaszcza kiedy dokuczał mi ból głowy, a nadmiar myśli nie dawał spokoju.
– Lauren, nie chcesz oglądać z nimi? – zapytał Calum.
W odpowiedzi jedynie pokręciłam głową; nie miałam ochoty na piłkę nożną.
– To może porobimy coś, co ty lubisz? – zaproponował Luke.
Tymi słowami zwrócił moją uwagę. Zachichotał, gdy gwałtownie odwróciłam się w jego stronę.
– Co na przykład?
– Ty nam powiedz.
Popatrzyłam na sufit, zastanawiając się nad tym, co chciałam robić. W Sydney na pewno nie brakowało rozrywek i właśnie dlatego był problem z wyborem. Chociaż z drugiej strony, nie miałam pojęcia co można robić z trójka chłopaków.
– Chodźmy do klubu ze striptizem – powiedział Calum, gotowy do wyjścia.
Zaśmiałam się, a Ashton uderzył bruneta w ramię.
Jasne, że to nie tam chciałam iść, ale nie chciałam też, żeby moja opinia wpływała na ich decyzję. Równie dobrze mogli wyjść gdzieś sami, ja wcale nie byłam im potrzebna. To na prawdę miłe z ich strony, że próbowali mnie włączyć do swojej paczki, ale umiałam radzić sobie sama.
– To co robimy? – zapytał Luke, a wszyscy spojrzeli na mnie pytająco.
Poczułam narastającą presję.
– Chodźmy na kręgle – palnęłam bez zastanowienia, co o dziwo, natychmiast spotkało się z aprobatą chłopców.
Od razu wstali z kanapy i zaczęli ubierać buty; poszłam w ich ślady. Z jednej strony, taki wypad mógł się okazać całkiem miły. Wcześniej nie miałam okazji spędzać dużo czasu z chłopakami, więc właściwie byli dla mnie obcy.
Chwilę później, patrzyłam jak Luke i Calum kłócą się o miejsce z przodu w samochodzie. Nawet nie miałam ochoty dołączać się do tej kłótni, toteż od razu usiadłam na tylnym siedzeniu, gotowa do jazdy. Niecałą minutę zajęło Calumowi wygranie walki, a blondynowi nie pozostało nic innego jak usiąść obok mnie. Rozbawiła mnie jego naburmuszona mina, ale najwyraźniej tylko mnie.
Dawno z nim nie rozmawiałam, ale może to dlatego, ze ostatnio prawie nic nie mówił. Od jakiegoś czasu był bardzo zamknięty w sobie i trudno było nawiązać z nim jakikolwiek kontakt. Wcale mu się nie dziwiłam, ale zdecydowanie potrzebował trochę rozrywki.
Nagle, na sama myśl o tym, co może być w głowie Luke'a, ogarnął mnie głęboki smutek. Wyobraziłam sobie jak mógł się czuć po stracie siostry. Mimo że nigdy nie doświadczyłam tak dotkliwej straty, poczułam się do owej sytuacji. Gdy spojrzałam na to z innej perspektywy, doszłam do wniosku, że mógł wcale nie mieć ochoty na zabawę.
Nie mogłam się powstrzymać przed złapaniem jego ręki, próbując choć trochę podnieść go na duchu. Posłał mi blady uśmiech, lecz zaraz po tym, spojrzał w okno i nie odwracał wzroku przez całą drogę. W tej chwili, zrozumiałam jak bardzo byłam im zbędna. Byłam piątym kołem u wozu, bez którego nie mogli nic zrobić, nawet jeśli by chcieli. Zamarzyłam, żeby zniknąć z ich domu.
Pogrążyłam się w zadumie. Pierwsze nasunęły mi się na myśl studia, które nieubłaganie przede mną uciekały. Rodzice włożyli w moją edukację całe swoje serce i masę pieniędzy. A czym im się odpłacałam? Miesięcznymi wagarami i nieustannymi kłamstwami. Wszystko co dla mnie zrobili, nieodwracalnie zbezcześciłam.
Na samą myśl o moim okropnym zachowaniu, zrobiło mi się niedobrze. Odruchowo zacisnęłam zęby.
W tym momencie, postawiłam powiedzieć Michaelowi, że chcę wrócić do szkoły. Jedynym problemem była jego nieobecność, na którą nie miałam wpływu. Nie miałam nawet możliwości, żeby przez chwilę z nim porozmawiać. Wyjechał na jakiś czas, więc pozostało mi czekać do jego powrotu.
– Ej, marzyciele. – Głos Ashtona wyrwał mnie z zamyślenia. – Wysiadamy.
Bez wahania otworzyłam drzwi i wyskoczyłam na ulicę, podekscytowana na myśl gry w kręgle. Dopiero gdy zobaczyłam w jakiej byliśmy okolicy, stanęłam jak wryta, a cały mój entuzjazm natychmiast odszedł w niepamięć. Sądziłam, że pojedziemy do centrum, a temu do centrum daleko.
Była to najbardziej parszywa okolica w jakiej kiedykolwiek miałam okazję przebywać. Zaniedbane budynki, a obok porozbijane wystawy sklepowe. Wyglądało to jakby nikt tu nie mieszkał. Na dodatek, zaparkowaliśmy przy przewróconym koszu na śmieci, który także nie zachęcał swoim widokiem.
– Gdzie my, do diabła, jesteśmy? – wydusiłam z siebie, wciąż będąc w szoku.
– Popatrz – powiedział Calum, wskazując na jeden z bloków. – Tam jest klub.
Nie wiedziałam na co pokazywał, bo wszystko wyglądało na tak samo opuszczone. Żadne drzwi nie przypominały wejścia do klubu. Bałam się myśleć jak wyglądało jego wnętrze.
– Przecież to jakaś speluna. Niemożliwe, żeby mieli tam kręgle.
Chłopcy zaśmiali się w tym samym momencie. Ich zachowanie nieco mnie przerażało, ale nie dawałam tego po sobie poznać. Jedyne co mnie zastanawiało, to dlaczego nie wybrali jakiegoś miejsca bliżej cywilizacji.
Bez zastanowienia, ruszyli w stronę, którą wskazał mi Calum. Nie pozostało mi nic innego jak iść za nimi. Zdecydowanie bezpieczniej czułam się przy nich, niż na środku groźnej dzielnicy.
Po kilkunastu krokach, zobaczyłam czarne, masywne drzwi dwuskrzydłowe, prowadzące do jakiejś piwnicy. Nie przepadałam za podziemnymi pomieszczeniami bez okien, lecz nie kręciłam nosem.
Ashton pchnął owe ciężkie drzwi i weszliśmy do środka. To co zobaczyłam, szczerze mnie zaskoczyło. Była to duża sala z kilkoma torami na końcu oraz długim barem na przodzie. Połowa podłogi została wyłożona bordową wykładziną, a druga jasnymi panelami. Ciemnie ściany, a na nich nowoczesne kinkiety robiły wrażenie. Bar blatu był podświetlany białym neonem, przez co całość wyglądała na prawdę świetnie.
– I co? – Cal wyszczerzył zęby. – Nie tego się spodziewałaś, prawda?
Zdałam sobie sprawę, że rozchyliłam usta z wrażenia, dopiero po tym, jak zadał to pytanie. Odpowiedziałam mu skinieniem głowy, na co wybuchnął śmiechem, po czym pociągnął mnie w stronę jednego z torów.


Michael

Szum morza zagłuszał stukot moich butów, za co byłem niezmiernie wdzięczny matce naturze. Mimo wszystko, na wszelki wypadek, trzymałem broń w gotowości, zwłaszcza że nie znałem okolicy zbyt dobrze.
Wzdłuż wybrzeża ciągnęły się drewniane domki letniskowe, lecz wszystkie były opuszczone i zaniedbane. Cóż, prawie wszystkie, bo w jednym rzekomo przebywał niejaki Roderick, którego szukałem.
Nie mogłem siedzieć bezczynnie do śmierci, dlatego badałem każdy trop, na który wpadłem. Od kilku dni jeździłem w różne miejsca, próbując dotrzeć do tego właściwego. Niestety, nic nie znalazłem. Jednak wpadłem na pomysł zwerbowania kogoś do pomocy.
Roderick nie był moim przyjacielem, ani nawet się nie lubiliśmy. Szukałem go nie po to, aby się bratać, tylko żeby wkopać Daniela. Jedyna osoba, która mogła mi w tym pomóc, był inny jego wróg. Z wszystkich nieprzyjaciół mógłbym stworzyć całkiem pokaźną armię, lecz nie miałem na to czasu. Zależało mi na jak najszybszym zakończeniu sprawy.
Od plaży dzieliło mnie tylko jedne przejście dla pieszych. Na ulicy nie było ruchu, prawdopodobnie przez małą liczbę mieszkańców. Takie miejsce idealnie nadawało się do ukrywania się przed światem.
Przeszedłem przez ulicę i biegiem ruszyłem w stronę domków. Wiedziałem tylko tyle, że ten, kogo szukałem, powinien być w tym pomalowanym błękitną farbą. Problem tkwił w tym, że w nocy wszystkie ściany miały ten sam kolor i nie potrafiłem znaleźć niebieskiego. W każdym, okiennice były zamknięte, przez co, nawet jakbym chciał, nie zobaczyłbym światła. Pozostało mi podchodzić do wszystkich po kolei i przyciskać ucho do drzwi. Każdorazowo, nasłuchując stałem przez parę minut; zapewne cisza by mnie irytowała, gdyby nie, jeszcze bardziej irytujące, skrzeczenie mew.
Kiedy podszedłem do kolejnego domku, znudzony podsłuchiwaniem, usłyszałem coś jakby kichnięcie, zaledwie kawałek dalej. Zrobiłem kilka kroków naprzód i zbliżyłem się do okna. Stare okiennice nie przylegały idealnie do szyby, toteż została szpara, przez którą mogłem zaglądać do środka. Wąski otwór nie ujawniał zbyt wiele, ale na tyle dużo, żebym zobaczył bladą wiązkę światła.
Bingo.
Bez wahania, zacząłem walić pięścią w drzwi. Rzecz jasna, odpowiedziała mi głucha cisza. Wyobraziłem sobie minę Rodericka po usłyszeniu pukania; zapewne zamarł w bezruchu. Mógłbym tak tłuc wiecznie, a ten i tak będzie udawał, że go tam nie ma.
– Otwieraj! – syknąłem. – Nie jestem z policji.
Wtem usłyszałem kroki. Podszedł do drzwi.
– Kim jesteś? – zapytał zachrypniętym głosem.
– Michael Clifford. Mam ważną sprawę.
Od razu poluzował zamek, a zaraz po nim kolejny. I następny. I jeszcze jeden. Lekko uchylił drzwi, ukazując swoje szare, wystraszone oko. Znacząco poruszyłem ramieniem, żeby zobaczył co trzymałem w dłoni. Zadziałało bezbłędnie – wpuścił mnie do środka.
– Co cię do mnie sprowadza, Clifford?
Szedł w głąb izby, po czym usiadł na dużym fotelu, którego obicie miało liczne rozdarcia. Cały domek składał się z jednego pomieszczenia, gdzie znajdowało się wszystko, od sedesu, przez lodówkę, aż do łóżka polowego. Warunki marne, ale wystarczające, aby przeżyć. Jednak nie przyszedłem tu by podziwiać wnętrze. Zanim skupiłem się na przejściu do sedna, moją uwagę przyciągnął wygląd mężczyzny. Zapamiętałem go jako masywnego pitbulla, a teraz przypomniał raczej roztrzęsioną chihuahuę. Jego zazwyczaj szerokie barki, nagle jakby stały się węższe. Oczy miał podkrążone, a policzki zapadnięte. Niezaprzeczalnie miał trudny okres w życiu.
– Jak mniemam, pamiętasz Daniela – zacząłem, a ten w odpowiedzi zacisnął zęby. – Przez niego ukrywasz się w tej dziurze. Gdybym był na twoim miejscu, za wszelką cenę chciałbym sprawić, żeby on był w takiej samej sytuacji.
– Do czego zmierzasz?
– Nie chcesz, żeby gnił w więzieniu?
Posłał mi jednoznaczne spojrzenie. Oczywiście, że tego chciał.
– W takim razie, mam pewien plan. Weź swoich kumpli, ja biorę swoich, i razem go przyciśniemy do ściany.
– Jasne, wszystko brzmi na prawdę pięknie. – Nagle wstał z fotela. – Ale jaką masz pewność, że on nie będzie miał wsparcia? Chcesz go po prostu zawieźć na posterunek? To absurd.
Wywróciłem oczami.
Czemu on zadawał tak dużo pytań?
– Nie mam już takich dobrych kumpli jak kiedyś – mówił, krążąc po pokoju. – Gdybym miał, zapewne nie siedziałbym w takim parszywym miejscu. Oczywiście, mogę po kilku zadzwonić, ale nie mam pewności, że się zjawią.
– Przestań kombinować! Wiem, że chcesz zemsty, a sam na pewno jej nie dokonasz.
Zmarszczył czoło, lecz po chwili powrócił jego neutralny wyraz twarzy. Wiedział, że miałem rację.
– W porządku – w końcu się zdecydował. – Ale za moją pomoc chcę coś w zamian.
– Dobra, dostaniesz wszystko, co chcesz. – Naprawdę mi się spieszyło. – Załatwmy to jak najszybciej, a później pogadamy o twoich śmiesznych zachciankach.
Bez odpowiedzi, wyciągnął telefon z kieszeni i wybrał numer. Uśmiechnąłem się pod nosem, zadowolony z siebie. Poszło o wiele łatwiej, niż się spodziewałem. Również chwyciłem komórkę, żeby zadzwonić do Luke'a i zawiadomić go o akcji. Odebrał po pięciu, dłużących się, sygnałach.
– Luke? – powiedziałem do słuchawki, nie słysząc jego głosu. Tam gdzie był, było całkiem głośno. – Gdzie ty jesteś?
– Michael?! – niemalże krzyknął. – O co chodzi? – Zignorował moje pytanie lub po prostu go nie usłyszał.
– Zbierz chłopaków i czekajcie na mnie. Jedziemy na wycieczkę.
– O czym ty mówisz? Jaka znowu wycieczka? – Kojarzył jeszcze wolniej, niż zazwyczaj.
– Daj mi ten telefon – odezwał się kolejny głos po drugiej stronie. – Tu Calum. Co jest grane?
Oszczędziłem sobie mówienia, że poznałem jego głos, więc od razu powiedziałem co było na rzeczy. Liczyłem na to, że ten lepiej zrozumie.
– Jedziemy po Daniela. Macie na mnie czekać, bo za pół godziny będę. Tylko błagam, nie bierzcie Lauren, bo was pozabijam.
Coraz bardziej trząsłem się z nerwów. Za każdym razem, gdy nie mogliśmy się dogadać, dręczyły mnie nerwowe tiki jak na przykład drgająca noga.
– Rozumiem. Będziemy czekać – powiedział krótko, po czym się rozłączył.
Najwyraźniej wreszcie zrozumiał powagę sytuacji.
Po zakończonej rozmowie, odwróciłem się w stronę Rodericka. Ten wciąż przykładał telefon do ucha, ale odszedł na drugi koniec pokoju. Powoli ruszyłem ku niemu, żeby usłyszeć co mówi. Zanim zdążyłem zrobić dwa kroki, schował telefon do kieszeni spodni.
– Załatwione – wyjaśnił. – Mam dwie osoby. Przyjadą za pięć minut.
Wreszcie jakaś dobra wiadomość.
Natychmiast wyszedłem z domku, pragnąc odetchnąć świeżym powietrzem. Nadmorski wiatr momentalnie przywrócił mi zdolność trzeźwego myślenia. Po chwili, poszedłem w stronę ulicy, żeby tam czekać na znajomych, którzy mieli po nas przyjechać. Po krokach wywnioskowałem, że Roderick szedł kilka metrów za mną. Wciąż trzymałem pistolet w ręku, gdybym nagle musiał komuś odstrzelić łeb.
Punktualnie, po pięciu minutach, zatrzymał się przed nami czarny Van. Kierowca skinął głową, tym samym dając nam znak, żebyśmy wsiadali do środka. Bez zastanowienia, zająłem miejsce pasażera, przez co Roderick musiał usiąść z tyłu, gdzie nie było siedzeń. Spojrzałem w tył, chcąc zobaczyć kto jeszcze z nami jedzie. Myślałem, że niedowidzę, lecz nic ulegało wątpliwości, że ową osobą była dziewczyna. Znajoma dziewczyna.
– Alison?! – wytrzeszczyłem na nią oczy.
– O, hej – też była w szoku, ale zaskoczenie szybko zastąpiła uśmiechem.
Jak oparzony, odwróciłem się i wlepiłem wzrok przed siebie.
– Co ona tu robi? – szepnąłem do kierowcy, którym był dziwny, rudowłosy chłopak.
– Jak widzisz, Crew narobił sobie całkiem sporo wrogów – odpowiedział, nie odrywając oczu z drogi.
Wiedziałem, że dużo, ale nie spodziewałem się, że nawet jego współpracownicy w końcu staną się wrogami. Mimo wszystko, im więcej ludzi tym lepiej.
Przez całą drogę do Sydney milczeliśmy i całe szczęście, bo nie miałem zamiaru tłumaczyć wszystkiego dwa razy. Kiedy podjechaliśmy pod dom, chłopcy już czekali. Rozejrzałem się wokoło, aby sprawdzić czy aby na pewno nie ma gdzieś za nimi Lauren. Na szczęście, byli tylko w trójkę; odetchnąłem z ulgą.
Wskazałem im, żeby wsiadali do tyłu, co zrobili natychmiast. Gdy tylko drzwi Vana zostały zamknięte, rudzielec odjechał z podjazdu. Ostatni raz zerknąłem w stronę domu. Zakuło mnie w sercu na myśl, że nawet przez sekundę nie zobaczyłem Lauren. Niestety, musiałem skupić się na czymś innym, co wpływało także na jej przyszłość.
– Czy ty w ogóle wiesz gdzie on jest? – odezwał się ciekawski Calum.
– W porcie wschodnim – wyręczyła mnie Alison.
Wszyscy popatrzyli na nią pytająco, na co wzruszyła ramionami.
– W takim razie, kierunek port.
Póki co, odhaczałem w głowie kolejne punkty planu i wierzyłem, że będę do robił do samego końca. Jedyne czego się obawiałem to to kto ma przewagę.

Port wyglądał tak jak każdy inny. Statki przycumowane do brzegu i latarnia morska, oświetlająca drogę żeglarzom.
Wyskoczyłem z samochodu, a reszta zrobiła to samo. Czym prędzej, ruszyłem w stronę latarni. Luke dorównał mi kroku, posyłając mi pokrzepiający uśmiech. Odpowiedziałem mu tym samym, po czym przyspieszyłem kroku.
Drzwi, prowadzące do wieży, były zamknięte, ale nie stanowiło to żadnej przeszkody. Niespodziewanie, Alison wybiegła przed szereg i strzeliła prosto w zamek, który roztrzaskał się z hukiem. Nie miałem czasu na zastanawianie się skąd wyciągnęła broń, więc po prostu wbiegłem do środka. Nie zważałem na ogrom schodów, tylko zacząłem biec po nich, nie dając za wygraną.
Najwyższy czas, żeby zakończyć sprawę z Danielem raz na zawsze. Powinien odpowiedzieć za wszystkie zbrodnie, które popełnił.
Wpadłem na szczyt wieży i zastałem go zupełnie samego, czego nie przewidziałem. Spodziewałem się przynajmniej strzelaniny. Na podłodze, obok niego, leżał rozbity kubek w kałuży kawy. Najwyraźniej pił, gdy usłyszał huk i naczynie wypadło mu z ręki. Jednak nie wyglądał na wystraszonego. Stał prosto z piersią wypiętą do przodu. Miał zmarszczone czoło, a w ręku trzymał kij baseballowy. Jeden kijek. Zaśmiałem się pod nosem, widząc ten żałosny widok. Po chwili, na górę wbiegła reszta, a Daniel momentalnie pobladł.
– Myślałeś, że będziemy walczyć w pojedynkę? – zapytałem, nawet nie czekając na odpowiedź.
Nie miałem trudności z wyrwaniem mu kija z ręki. Następnie, przycisnąłem faceta do ściany, a kijem ograniczyłem mu możliwość oddychania, przystawiając go do tchawicy.
Czułem ogień nienawiści, płonący w moich oczach i za wszelką cenę chciałem to wykorzystać, piorunując go spojrzeniem. Wtem, jakby czytali mi w myślach, Calum i Roderick przechwycili Daniela i siłą posadzili go na krześle. Zanim zdążyłem cokolwiek powiedzieć, ten już był przywiązany, co ograniczało jego ruchy.
Czułem narastającą satysfakcję.
– Teraz powiedz mi gdzie trzymasz naszą kartę – poleciłem, stając naprzeciwko niego.
– Nie martw się, nic jej nie grozi. Jest w bezpiecznym miejscu – odparł z wrednym uśmiechem na twarzy.
– Lepiej przestań szczerzyć zęby, bo zaraz możesz je stracić – warknęła Alison, po czym stanęła obok mnie, celując lufą w jego głowę.
Wyraźnie zdziwił go widok dziewczyny, mimo że próbował to ukryć. Chciałem jej powiedzieć, żeby opuściła broń, ale zapewne moje słowa by nic nie zmieniły.
– Mów gdzie ukryłeś tą durną kartę albo powiem wszystkim co mi zrobiłeś – mówiąc to, zgrzytała zębami.
Szczerze miałem gdzieś to, co jej zrobił czy czego nie zrobił. Chciałem tylko odzyskać swoją własność.
Ku mojemu zdziwieniu, słowa Alison wywarły dużą presję na uwięzionym. Spiął mięśnie, a powieka zaczęła mu drgać nerwowo. Oddychał coraz ciężej. Wyglądało na to, że lada moment pęknie i powie wszystko, co męczyło mnie od tak dawna.
– Mów, do cholery! – tym razem wrzasnęła, przykładając mu lufę do skroni. Powoli zaczynała wpadać w furię.
Wtem, nachyliła się nad nim, tak że swoimi długimi włosami zasłaniała mi widok na jego twarz. Zaczęła mu szeptać do ucha coś, czego nie mogłem zrozumieć. Odpowiedział coś równie cicho; głos mu drżał.
– Podaj ten pieprzony szyfr! – znowu krzyknęła.
Wszyscy patrzyliśmy w napięciu. Brakło nam odwagi by przerwać jej ten proces. Wyglądała na bardzo skupioną i zawziętą. Nie spodziewałem się tego po tak niepozornej dziewczynie.
Nagle, spuściła broń i odeszła od krzesła. Idąc w moją stronę, miała na twarzy wymalowaną czystą satysfakcję. Ponownie stanęła przy moim boku i powiedziała coś, co mogłem usłyszeć tylko ja.
– Ma sejf w szafie, w mieszkaniu. Szyfr to 950813.
Zamarłem, gdy wypowiedziała te cyfry. Natychmiast rozpoznałem w nich datę urodzenia Lauren. Nagle, w mojej głowie narodziło się kilka nowych pytań bez odpowiedzi, lecz szybko się otrząsnąłem.
– Dobrze, teraz twoja kolej – poleciłem Ashtonowi, a ten od razu wiedział co robić.
Podszedł do Daniela i wygrzebał telefon z kieszeni jego kurtki. Wstukał numer policji, ale powstrzymał się przed wciśnięciem zielonej słuchawki. Rzucił mi telefon, a sam poszedł za krzesło, żeby mocniej zawiązać liny.
– Teraz zadzwonimy na policję – Ashton zaczął tłumaczyć, nie przestając majstrować przy linach. Z każdym zwężeniem węzła, Daniel skrzywiał twarz. – A ty przyznasz się do zbrodni, którą popełniłeś. Tylko nie kombinuj.
– Nie ma winy bez kary – dodałem.
– Nie zrobię tego – odpowiedział.
Na te słowa, Ashton pokręcił głową z dezaprobatą, a z kieszeni wyciągnął czarny scyzoryk. Otworzył go, po czym czubek ostrza przycisnął do karku więzionego. Ten syknął z bólu, odruchowo odchylając głowę do tyłu.
– Zrobisz.
Blondyn znacząco skinął na mnie głową. Bez zastanowienia wcisnąłem zieloną słuchawkę i podszedłem bliżej.
– Masz mówić co zrobiłeś.
Ashton ponownie zaczął wbijać czubek scyzoryku w kark Daniela, lecz każde kolejne ukłucie było mocniejsze.
Słyszałem sygnał, dobiegający z głośnika komórki. Próbowałem uspokoić oddech.
To była jedyna szansa. Teraz albo nigdy.
– Posterunek policji, słucham – odezwał się damski głos.
Przycisnąłem słuchawkę do ucha Crewa.
– Z tej strony Daniel Crew – wydusił z siebie z trudem, wpatrując się we mnie morderczym spojrzeniem. – Chciałem zgłosić przestępstwo.
– Tak – przytaknęła kobieta.
Wstrzymałem oddech.
– Ja, Daniel Crew, jestem odpowiedzialny za zabicie Nicole Hemmings. – Spojrzał na Luke'a, a na jego twarzy pojawił się szaleńczy uśmiech. – Znajdziecie mnie w latarni morskiej we wschodnim porcie.
Także popatrzyłem na przyjaciela, żeby zobaczyć jego reakcję. Dłonie zaciskał w pięści, a głowię spuścił, niczym zbity pies. Byłem pewien, że w tamtej chwili, najbardziej na świecie chciał zabić Daniela.
Rozmowa z policjantką dobiegła końca, co oznaczało, że powinniśmy uciekać jak najszybciej. Ashton na odchodnym walnął pięścią w twarz jeńca, bo najwyraźniej ranienie go, sprawiało mu niezwykłą przyjemność.
– Hej, Clifford! – Odwróciłem się na dźwięk głosu Daniela. – Pamiętaj, aby chronić swój największy skarb.
Powiedział to z nutą satysfakcji w głosie, a wredny uśmiech nie schodził mu z twarzy.



Przepraszam Was.
Za wszystko.

7 lut 2015

Rozdział 16


Lauren

Nie miałam pojęcia gdzie Michael planował mnie zabrać na randkę, toteż nie miałam pojęcia co na siebie włożyć. Stałam przy szafie i po prostu na nią patrzyłam, jakby zaraz miała przemówić i mi pomóc w wyborze. Oczywiście, nie miałam co liczyć na cud i pozostawało mi podjęcie samodzielnej decyzji. Trochę postękałam i pojęczałam, aż w końcu wybrałam zwykle dżinsy i czarną koszulkę - nie szłam przecież na pokaz mody. Poza tym, kto by zwracał uwagę na taki głupi szczegół jak ubiór?
Wyszłam z domu już po kilku minutach, a Mikey już czekał. Stał na podjeździe, oparty o swój srebrny samochód. Idealnie pasował do takiej scenerii. Niekontrolowanie przygryzłam wargę, za co skarciłam się w myślach już po fakcie.
– Zapraszam – powiedział, otwierając przede mną drzwi od strony pasażera.
Wsiadłam posłusznie, nie mogąc powstrzymać uśmiechu. Moja ekscytacja rosła z każdą kolejną minutą, przyprawiając mnie o ból brzucha.
Gdy tylko Michael usiadł za kierownicą, nie zwlekając, odpalił silnik.
– Powiesz mi gdzie jedziemy? – Ciekawość była ode mnie silniejsza.
– W jedno specjalne miejsce.
Po chwili, jechaliśmy w kierunku przeciwnym do centrum miasta. Zastanawiałam się co może być ciekawego w australijskim buszu, oczywiście nie licząc pająków-zabójców. Jednak nie chciałam narzekać, toteż zostałam przy podziwianiu widoków za oknem. Im jechaliśmy dalej w głąb kraju, tym było coraz mniej zieleni. Lasy były rzadsze, a niebo czystsze. Wreszcie miałam okazję zobaczyć prawdziwą Australię, nie tylko budynki w mieście. I szczerze mówiąc, robiła wrażenie. Mimo że wolałam miasto, ten naturalny obraz niebywale mnie zachwycił.
Otworzyłam okno, żeby ochłodzić się powiewem wiatru, co okazało się być trafionym pomysłem. Zamknęłam oczy, aby osiągnąć pełnię spokoju. Wtem, poczułam dotyk na kolanie, lecz wcale się nie wystraszyłam. Wręcz przeciwnie, zrobiło się jeszcze przyjemniej.
– Lauren?
– Tak? – odparłam, kładąc dłoń na dłoni Michaela, która wciąż spoczywała na mojej nodze.
– Tylko sprawdzałem czy śpisz – zaśmiał się, na co miałam ochotę sprzedać mu kuksańca w ramię, ale odpuściłam sobie.
Gdy otworzyłam oczy, żeby na niego spojrzeć, uśmiechał się szeroko, przez co moje serce niekontrolowanie zadrżało. Uwielbiałam patrzeć na niego, kiedy był taki uradowany. W takich momentach, kompletnie nie przypominał tego Michaela, którego po raz pierwszy spotkałam w parku. Ten Michael, mój Michael, był absolutnie wspaniałym człowiekiem, nawet jeśli sam tego nie zauważał. Na początku nie wyglądał nawet na miłego, a gdy tylko go poznałam nieco bliżej, dowiedziałam się, że nie skrzywdziłby nawet muchy. Szczerze wątpiłam czy byłby w stanie kogoś zabić.
– Co się tak na mnie patrzysz? – Z zamyślenia wyrwało mnie jego pytanie; nawet nie oderwał wzroku od drogi.
Na końcu języka miałam jakąś ciętą ripostę, ale powstrzymałam się zawczasu. Posłałam mu po prostu najbardziej uroczy uśmiech na jaki było mnie stać.
Niestety, moje starania nie zakończyły się sukcesem, a w tym przekonaniu upewnił mnie.głośny śmiech chłopaka. W odpowiedzi, wydęłam usta, nieco urażona.
– Oh, przestań. – Popatrzył na mnie na chwilę. – Droczę się tylko. Jesteś cudna.
Nawet nie próbowałam powstrzymać rumieńców, nachalnie wpełzających na moją twarz.
– Zaraz będziemy na miejscu – oznajmił.
Ponownie spojrzałam za szybę, lecz tym razem przednią. Przed nami ciągnęła się tylko prosta droga, prowadząca prosto na szczyt wzgórza. Moja ekscytacja diametralnie wzrosła i szczerze nie mogłam się doczekać.
Nie oczekiwałam randki w dystyngowanej restauracji czy operze. Nie marzyłam nawet o bukiecie kwiatów, a to tylko dlatego, że wcale tego nie potrzebowałam. Chciałam aby ten wieczór był prosty do granic możliwości, a Michael najwyraźniej czytał mi w myślach. Byłam zachwycona już samym kierunkiem naszej podróży, a przecież nie na tym się kończyło.
Wiedziałam, że dojechaliśmy na miejsce, gdy Mikey zatrzymał samochód. Zjechaliśmy nieco z drogi, pozostając na najwyższym punkcie wzgórza. Na wszystkie cztery strony świata, ciągnął się przepiękny widok. Krajobraz był bardzo ubogi, ale wcale nie tracił na uroku. Lecz dech w piersi zaparło mi dopiero po tym, jak wyszłam z auta.
Bezkresne niebo na prawdę robiło wrażenie, zwłaszcza kiedy było zupełnie bezchmurne. Jeden wielki błękit, od którego nie mogłam oderwać wzroku. Nad linią horyzontu pojawiały się inne kolory jak pomarańcz czy róż.
– Piękny odcień – powiedział nagle Michael, zachodząc mnie od tyłu.
Położył ręce na moich biodrach, po czym zgrabnie obrócił mnie w swoją stronę. Kolana zmiękły mi bez ostrzeżenia, ale nie groził mi upadek.
Mogłam wpatrywać się w niego tylko przez chwilę, bo nim się zorientowałam, złączył nasze wargi w pocałunku. Tylko on był taki delikatny w stosunku do mnie, jak nikt inny. Kto by pomyślał?
– Chodźmy – powiedział, gdy tylko przestał mnie całować.
Splótł nasze palce, po czym ruszył w stronę samochodu. Nie zdążyłam odejść dostatecznie daleko, ani też się nie rozejrzałam, a on już ciągnął mnie z powrotem. Posłałam mu pytające spojrzenie, ale zamiast odpowiedzi, uśmiechnął się lekko.
Co on chciał robić w tym cholernym aucie?
Nie trwało długo, żeby moja podświadomość podsunęła mi masę pomysłów. Bardzo brudnych pomysłów.
Już dochodziliśmy i byłam gotowa usiąść na tylnym siedzeniu, ale Michael w ostatniej chwili skierował mnie w stronę maski. Zdziwiłam się jeszcze bardziej, choć milczałam i nawet nie śmiałam protestować.
– Wskakuj – polecił.
Popatrzyłam na niego, próbując wychwycić żart, ale on wcale nie wyglądał na rozbawionego. Po chwili wahania, posłusznie wspięłam się na maskę auta (przy małej pomocy silnej męskiej ręki). Michael od razu do mnie dołączył, siadając bez zastanowienia. Musiał pociągnąć mnie za sobą, bo wciąż nie byłam do końca przekonana.
– Nawet nie zorientujesz się, kiedy na niebie pojawią się gwiazdy. – Nie byłam pewna czy to zdanie miało jakiś podtekst, ale póki co, nie zamierzałam nad tym rozprawiać.
Kiedy on patrzył na niebo, ja patrzyłam na niego, dopóki się nie położył. Dyskretnie zbadałam czystość lakieru i, ku mojemu zdziwieniu, okazała się być nadzwyczaj dobrze domyta. Skinęłam głową, po czym także się położyłam, obejmując Michaela w pasie. Nie miałam zamiaru podziwiać zachodu słońca. Zdecydowanie bardziej interesował mnie dwudniowy zarost na twarzy, która była tak blisko mojej.
– Mam pytanie – powiedziałam w końcu, na co ten przytaknął znacząco. – Jak myślisz, kim byś był gdyby nie ten cały gang?
– Hmm – zastanawiał się przez moment. – Chciałbym się zajmować muzyką. Wiesz, grać na pianinie i tak dalej.
Byłam niemal pewna, że moje oczy zaświeciły z podniecenia. Wyobraziłam sobie go, ubranego w elegancki frak, grającego na scenie. Bez wątpienia siedziałabym w pierwszym rzędzie na jego występie.
– A ty? – zapytał, wyrywając mnie z zamyślenia.
– Co bym robiła gdyby nie ten cały gang? – Nie mogłam powstrzymać śmiechu; całkiem zabawna sytuacja. – Studiowałabym. Zapomniałeś, że przyjechałam tu do collage'u, ale ktoś mnie porwał?
Zaśmiałam się pod nosem, ale on spojrzał na mnie zupełnie poważnie. Pocałował czubek mojej głowy, mocniej przyciągając mnie do siebie.
– Obiecuję ci, że jak już ta cała sytuacja z Danielem się unormuje, wrócisz do szkoły i swojego dawnego życia. – Jego wypowiedź brzmiała bardzo surowo, co było odrobinę przerażające.
– Ale... ja wcale nie miałam tego na myśli.
– A jaki kierunek studiów wybrałaś? – Zignorował to, co przed chwilą powiedziałam.
Wtedy, zdałam sobie sprawę, że on także nic o mnie nie wiedział. Nie miał zielonego pojęcia czym się interesuję, ani jak wyglądało moje życie w rodzinnym mieście. Z jednej strony, chciałam mu o wszystkim opowiedzieć, a z drugiej – miałam co do tego pewne obawy.
– Psychologię – rzuciłam krótko, ale kusiło mnie, żeby mówić dalej. Ugryzłam się w język, co wcale nie pomogło. – Aplikowałam też do kilku uczelni w Anglii, ale chyba potrzebowałam zmiany otoczenia, dlatego wybrałam Sydney. Chciałam iść na Oxford. – Zaśmiałam się. – Kiedy tylko dostałam list akceptacyjny z Macquarie University, nie czekałam na inne.
– Zrezygnowałaś z Oxfordu dla jakiejś australijskiej szkoły?
– Nawet nie wiem czy się dostałam.
Pokręcił głową w niedowierzaniu, po czym westchnął ciężko. Wyglądał jakby głęboko nad czymś rozmyślał, a nie chciałam go rozpraszać, więc popatrzyłam do góry.
Omal szczęka mi nie opadła, gdy zobaczyłam nad sobą granat, usłany gwiazdami. Albo gadaliśmy tak długo, albo niebo w Australii zmieniało się szybciej niż gdziekolwiek indziej.
– Miałeś rację – nie mogłam się powstrzymać przed powiedzeniem tego. – Co do gwiazd.
Wskazałam palcem ku górze.
– Mhm.
Michael złapał mnie za rękę, która wciąż unosiłam, i przyciągnął do swojej piersi. Byłam zmuszona ponownie na niego spojrzeć. Oczy miał przymrużone, a usta wykrzywione w półuśmiechu. Po chwili, zaśmiał się cicho.
– O co chodzi? – zapytałam.
– To jak, mogę się nazywać swoją dziewczyną? – Najwyraźniej bawiła go cała ta sytuacja lub po prostu był zażenowany, bo ciągle chichotał.
Trochę mnie onieśmieliło to pytanie, było takie bezpośrednie. Tak czy inaczej, nie zwlekałam z pocałowaniem go.
Miałam nadzieję, że zrozumiał moją odpowiedź.


Michael

Nie miałem ochoty na tę nieprzyjemną rozmowę, zwłaszcza, że dzień był tak miły. Jednak starałem się nie marudzić i usiadłem przy stole, gdzie mieliśmy zebranie z chłopakami. Wyglądało na to, że inni także nie byli do końca przekonani co do tej pogadanki. Calum czytał gazetę, udając zainteresowanie artykułem. Na przeciwko mnie siedział Ashton, a głowę opierał o ścianę. Wyglądał zupełnie jak niewyspany nastolatek, zmuszony przez rodziców do wstania z łóżka. I wreszcie, obok niego, miejsce zajął Luke. Tylko on patrzył na mnie, choć w tym samym czasie, dyskretnie obgryzał paznokcie.
– Chłopaki, koniec obijania się – powiedziałem w końcu. – Nie możemy tak siedzieć bezczynnie.
– Daj sobie spokój – odparł Calum, nie podnosząc wzroku znad gazety. – Straciłeś swoje zdolności przywódcze.
Zaskoczyła mnie jego bezpośredniość, a jedyne do czego byłem zdolny to wytrzeszczenie oczu. Reszta wcale na to nie zareagowała, zupełnie jakby się z tym zgadzali. Patrzyłem na nich, wzrokiem próbując wybłagać o więcej opinii, lecz moje starania spełzły na niczym. Chłopcy, najzwyczajniej w świecie, zaczęli mnie ignorować. Nie zważali na powagę sytuacji, co zaczynało mi działać na nerwy.
– Świetnie – wycedziłem przez zęby. – W takim razie dalej się leńcie, a ja sam odbiorę naszą własność, o której najwyraźniej zapomnieliście. Jeżeli nie jest to dla was za trudne zadanie, to proszę, żebyście mieli Lauren na oku.
– Tak, jasne – odezwał się Ashton, choć w jego głosie nie usłyszałem przekonania.
Takie bezstresowe podejście jeszcze bardziej mnie rozgniewało; zmarszczyłem czoło. Nie spodziewałem się po nich takiego zachowania. Na dodatek, nikt nie wyczuł mojego zdenerwowania. Ta dziwna wymiana zdań nawet nie przypominała rozmowy. Już chciałem wstać od stołu i najlepiej wyjść z domu, ale zatrzymał mnie odgłos kroków.
– O jakiej własności mówisz? – Lauren stanęła na progu kuchni.
Wtem, chłopcy nagle oprzytomnieli. Zbombardowali mnie spojrzeniami, a ja stałem jak słup soli. Dobrze wiedziałem, że nikt z zewnątrz nie może się dowiedzieć czym jest nasza zguba.
Czując na sobie nie lada presję, odetchnąłem ciężko, po czym się wyprostowałem. Na prawdę, chciałem jakoś zbyć Lauren, lecz patrzyła na mnie błagalnie, przez co uginały się pode mną kolana. Otwierałem usta, żeby odpowiedzieć na jej pytanie, ale Calum odkaszlnął znacząco, tym samym przywracając mnie na ziemię.
– Wybacz, Lauren – zacząłem. – Nie mogę ci powiedzieć co to jest.
– Dlaczego?
Odruchowo popatrzyłem na Ashtona, szukając wsparcia – w odpowiedzi jedynie wydął usta. Na Luke'a nie miałem co liczyć, więc ponownie zawiesiłem wzrok na dziewczynie. Skrzyżowała ręce na piersi; oczekiwała odpowiedzi.
– Nie mogę... Nie ufam ci na tyle, żeby powierzyć ci taką informację.
Po wypowiedzeniu tych słów, zrobiłem poważną minę, podczas gdy ona posmutniała. Jednak nie był to zwykły smutek – w jej oczach dostrzegłem łzy. Dopiero po chwili, zdałem sobie sprawę z tego, co powiedziałem. Z tego, jak bardzo było to surowe i chłodne.
Lauren odwróciła się na pięcie i odeszła w milczeniu, zanim zdążyłem ją zatrzymać.
– Dobrze jej powiedziałeś – odezwał się Cal, celując we mnie palcem. – Na zbyt wiele jej pozwalasz.
Irwin przytaknął z aprobatą.
– Luke? – sięgnąłem po moją ostatnią deskę ratunku.
– Ja... też tak myślę.
Tego było za wiele. Bez żadnych ogródek, potraktowali mnie jak śmiecia. Nawet nie miałem ochoty im dogryzać. Wyszedłem z kuchni, po czym bez zastanowienia poszedłem do pokoju Lauren. Tak jak myślałem, zastałem ją, siedzącą w fotelu. Podkuliła nogi pod brodę, tym samym tworząc mur obronny. Gdy podszedłem bliżej, zauważyłem, że wcale nie płakała. Po prostu patrzyła w okno, nie zwracając na mnie uwagi. Miałem gdzieś jej brak zainteresowania moją osobą. Uklęknąłem przed nią, żeby być choć trochę bliżej. Na szczęście, nie protestowała, gdy wyciągnąłem dłoń w stronę jej policzka.
– Wiesz, że nie miałem tego na myśli. – Robiłem wszystko, żeby tylko nie plątał mi się język. – Ufam ci. Przecież to wiesz. Ja po prostu nie jestem przyzwyczajony do... no wiesz, bycia w związku. Czasem mogę być trochę niedelikatny, ale nie chciałem, żebyś to tak odebrała.
– A jak inaczej miałam to odebrać? – W jej głosie wyczułem nutkę wyrzutu, co wcale mnie nie dziwiło.
– Więc ci powiem. Powiem ci co to jest...

~✦~

Macie jakieś pomysły czym jest ta własność, którą im odebrano? Bardzo ciekawa jestem co tam się kryje w waszych główkach :D

W ankiecie zagłosowały 93 osoby czyli WOW, aż tyle Was tu jest :o
Gdyby każdy komentował to miałabym dużo do czytania haha
Skoro Mask ma tak dużo czytelników, pragnę poprosić o głosowanie na to opowiadanie na blog miesiąca • SONDA1 (klik) • SONDA2 (klik)